sobota, 6 kwietnia 2013

Blephasol, czyli czego na oczy nie wiedziałam

Witajcie poświątecznie... choć wciąż nie wiosennie :(.

Dzisiaj coś dla tych, którzy do tej pory nie znaleźli jeszcze odpowiadającego im płynu do demakijażu oczu. Bo te dwufazowe powodowały zamglenie widzenia, a to nic komfortowego. A micelarne do całej twarzy podrażniały oczy nawet tych "gruboskórnych". I co ma powiedzieć ktoś, jak się ma z natury bardzo wrażliwe oczy albo nosi soczewki kontaktowe... Ja po kilku porażkach dałam sobie spokój z drogeryjnymi specyfikami do tego problematycznego obszaru (nie mówiąc już o zmywaniu nimi kredki z wewnętrznych brzegów powiek, co zawsze się kończy władowaniem wacika prosto w oko...).

Więc dzisiaj będzie o płynie micelarnym do demakijażu oczu, ale aptecznym. Nie z serii aptecznych kosmetyków, ale takim produkowanym przez producenta leków i kropli do oczu.

Co ciekawe, płyn ten używany może być nie tylko do demakijażu, ale również do higieny powiek i ich brzegów szczególnie gdy używa się np. różnych leków ocznych i jakoś ich pozostałości trzeba zmywać. Albo dla osób cierpiących z powodu nużeńca, które muszą szczególnie dbać o czystość brzegów powiek. Albo dla alergików...

Jak dla mnie, ten produkt stał się jednym z "musthave", bo pozwala dbać o higienę, a nie tylko demakijaż oczu. A to jest dla mnie szczególnie ważne, odkąd jestem ślepa jak kura więc noszę na co dzień soczewki kontaktowe.

Zainteresowane? A może też stosujecie?

Blephasol, Roztwór do higieny powiek


Opis producenta:
Blephasol jest hypoalergicznym micelarnym roztworem wodnym, który zawiera substancje niejonowe, umożliwiające łagodne oczyszczanie powiek i ich brzegów. Nie zawiera alkoholu, parabenów, detergentów ani konserwantów, dzięki czemu delikatnie usuwa z powiek i nasady rzęs wszelkie zanieczyszczenia, bakterie i alergeny, nie podrażniając oczu i nie uszkadzając skóry. Jest bezwonny i nietłusty, dlatego nie wymaga spłukiwania po użyciu. Zalecany jest także dla osób noszących soczewki kontaktowe.
Wskazania
- codzienna pielęgnacja wrażliwych powiek,
- nawracające dolegliwości oczne t.j. zaczerwienienie, obrzęk czy też swędzenie brzegów powiek,
- alergia oraz stany zapalne narządu wzroku -usuwa zalegające alergeny, bakterie oraz zaschniętą wydzielinę, zwiększając skuteczność prowadzonego leczenia.

Skład:
Aqua, PEG-8, Polysorbate 20, Capryloyl glycine, Poloxamer 184, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Dipotassium Phosphate, Sodium Hydroxide, Potassium phosphate

, czyli substancje niejonowo czynne (ehh gdyby nie ten glikol polietylenowy), łagodny i bezpieczny emulgator,
lipoglicyna (substancja przeciwbakteryjna, przeciwświądowa i regulująca wydzielanie łoju), substancja umożliwiająca tworzenie miceli oraz regulatory pH.


Cena/wydajność/dostępność:
Około 30zł za 100ml. Dostępny w aptekach lub DOZ-ie. Wydajność byłaby całkiem w porządku gdyby nie fakt, iż trzeba go zużyć w ciągu dwóch miesięcy od otwarcia (nie ma w sobie konserwantów). Jak to się mówi- coś za coś...

Komfort użytkowania:
Płyn jest nietłusty, nieklejący, niepieniący i bezzapachowy. Zapakowany w małą poręczną buteleczkę zamykaną na klik. Otwór dozuje odpowiednią ilość płynu.

Działanie:
Wodoodpornego tuszu i linera to to nie zmyje raczej na pewno (do tego muszę używać zwykłego twarzowego micela). Nadaje się raczej do lekkiego makijażu typu tusz i cień/kredka. Jak najbardziej sprawdza się również do codziennej higieny typu usuwanie zanieczyszczeń podczas leczenia zespołu suchego oka czy jęczmienia, a odkąd stosuję soczewki kontaktowe to i w codziennej higienie dla profilaktyki. Odkąd stosuję regularnie, to żadne szachrajstwo już mi nie dolegało. Dokładnie usuwa wszelkie zanieczyszczenia z pomiędzy rzęs czy z brzegów powiek. Nadaje się do użycia nawet podczas noszenia soczewek w trybie ciągłym (których nie zdejmuje się na noc).
Nie podrażnił, nie uczulił, nie piecze nawet przemywanie wewnętrznej strony powieki czy kącików oka.


Czy kupię ponownie:
Kupuję już od prawie roku i zakupię ponownie, przynajmniej dopóki będzie to jedyny preparat tego typu na rynku.

Ocena:
4+/5 (jakby jeszcze zmywał każdy makijaż, to byłby ideał nad ideały... ale wtedy pewnie nie byłby taki łagodny...).

piątek, 29 marca 2013

Drobnostki, ciekawostki, śnieg ;)

Witajcie ciepło w tych zimowych okolicznościach!
Czyż nie pięknie wyglądają choinki przyprószone śniegiem i przyozdobione pisankami ;).

Po pierwsze chciałabym się pochwalić, iż wezmę udział w organizowanym przez Rudąąą12 spotkaniu blogerek na początku maja. Już się nie mogę doczekać, kiedy poznam nowe dziewczyny i zobaczę ponownie te już poznane :D.


Po drugie, oficjalnie rozpoczynam akcję zapuszczania włosów (tzn. w tym tygodniu minął właśnie termin, kiedy się normalnie strzygłam). Z bardzo krótkich chcę dojść do takich do połowy szyi. Teraz włosy na czubku mają 5,5cm. Potrzebuję dużo zaparcia i wsparcia, coby przejść ten najtrudniejszy czas, gdy wygląda się jakby po głowie kosiarka przejechała a później nawiedził huragan ;/. A tak właśnie zaczęłam wyglądać... Z tej okazji mniej więcej co miesiąc będę się chwalić publicznie przyrostem (nie ma to jak motywacja ;) oraz częściej będę pisać o pielęgnacji włosowej. Po prostu na razie problemów z twarzą pozbyłam się, więc nowego hyzia znaleźć sobie trzeba... Zacznę od wcierek na zagęszczenie fryzurki, które namiętnie stosuję od kilku miesięcy.


Po trzecie będzie krótka prezentacja, bo i produkty o których napiszę malutkie. A mianowicie chodzi o zestaw miniproduktów do twarzy i ciała z serii Harmony naturalnej marki Verima, które dostałam ze sklepu Minejo. Czyli kolejnej ciekawej marki, o której na razie u nas cicho.

Co to za marka? Od samego początku istnienia VERIMA koncentruje się na tworzeniu kosmetyków na bazie naturalnej. Kosmetyki te nie zawierają sztucznych konserwantów, silikonu, parafiny i innych składników na bazie olejów mineralnych, które stoją w opozycji do faktycznych potrzeb skóry. Wszystkie posiadają certyfikat BDIH. Dostępne są pełne serie pielęgnacyjne do skóry młodej, wrażliwej, suchej czy dojrzałej, a także produkty do ciała i włosów.
Seria HARMONY marki Verima to zharmonizowany, delikatny program pielęgnacyjny dla skóry suchej, odwodnionej, dojrzałej, wrażliwej, zestresowanej, ze skłonnością do łuszczenia się. Zawiera cenny olej z rokitnika.
Marka ta dostępna jest w sklepie Minejo (link). Ceny wahają się od ok. 40zł za produkty do ciała do ok. 90zł za produkty do twarzy, czyli ceny standardowe dla tego typu kosmetyków. Dostępne są również różne zestawy miniproduktów.


Co ja dostałam? Krem pod prysznic, 15ml, Mleczko do ciała, 15ml, Olejek do ciała, 15ml, Mleczko oczyszczające do twarzy, 4ml, Tonik do twarzy, 15ml, Krem do twarzy, 4ml, Maseczka do twarzy, 4ml.
Wszystkie kosmetyki tej serii zawierają olej z rokitnika (w przypadku kremu do twarzy już na 3 miejscu). Oprócz olejku wszystkie zawierają również masło shea, olej ze słodkich migdaów czy olej jojoba. Do tego ekstrakty z babki lancetowatej, wierzby bialej i płucnicy islandzkiej. Najbardziej spodobał mi sie jednak skład olejku (olej z orzechów laskowych, olej arganowy, olej rokitnikowy, witamina E), który zaczęłam stosować do twarzy.
Produkty były w wersji mini starczającej na 2 (w przypadku np. peelingu do ciała) do 5 użyć (w przypadku maseczki do twarzy), więc o działaniu czy wydajności wypowiedzieć się nie mogę. To jednak dobry sposób na sprawdzenie, czy żaden składnik nas nie uczula ani nie zapycha przed zakupem pełnowymiarowego produktu.


Czy kupię pełnowymiarowe opakowania? Hmmmm, nie. Seria Harmony to jednak nie moje preferencje. Konsystencja mleczka do demakijażu, kremu i maski do twarzy jest bardzo gęsta, wręcz maślana. Może być zbyt bogata dla tłustej skóry. Natomiast produkty do ciała były bardzo lekkie i wręcz o lejącej konsystencji. Ja to bym to zamieniła ;). Po zastanowieniu się pomysł zrobienia zestawu produktów do ciała i twarzy w jednym wydaje mi się nietrafiony, bo przecież wiele z nas ma tu całkiem odmienne potrzeby i ciężko tu o kombinację sprawdzającą się u wszystkich. Natomiast zastanawiam się nad wypróbowaniem jeszcze zestawu dla tłustej skóry (która składa się z pełnej serii, ale jedynie produktów do twarzy).

Pozdrawiam, Ania.

środa, 27 marca 2013

Higiena jamy ustnej- czy warto czytać składy?

Witam :)

Ile z Was czyta składy kremów do twarzy? Albo przeglądając ich recenzje na blogach zwraca uwagę na to, jak jakaś bardziej obeznana z tematem blogerka opisała skład? A zastanawiałyście się kiedyś nad tym, co jest w produktach które mają kontakt z błonami śluzowymi, czyli obszarem który charakteryzuje się dużo większą wchłanialnością nałożonych substancji? Ciekawa i dająca do myślenia jest seria postów Angel (uwaga, tylko dla dorosłych!) na ten temat. Ale mnie zastanowił inny obszar: mianowicie jama ustna. Czyli dziś będzie o tym, co siedzi w naszych pastach do zębów i płynach do płukania.

I co się okazuje? Nietrudno znaleźć takie z SLS-ami, glikolem, alkoholem, parabenami, PEG-ami, dziwnymi konserwantami, pochodnymi formaldehydu.... czyli wszystkim tym, o czym się trąbi na blogach przy temacie kremów czy szamponów.

Nie będę tu rozkładać na czynniki pierwsze wszystkiego, bo zajęło by to wieki i miało pewnie objętość książki. Nie chcę się też zajmować problemem fluoru, bo to już było wałkowane na wszystkie strony i pewnie consensusu jeszcze długo się nie osiągnie (ja wybrałam pośrodkową wersję, czyli ograniczam jego ilość, ale nie rezygnuję całkowicie). Raczej na pewnym wycinku materiału chciałabym Wam rzucić temat do zastanowienia :). I być może własnych poszukiwań, z efektów których ja sama chętnie skorzystam.

A mianowicie w tym moim szale czytania składów chciałam jakiś czas temu znaleźć dla siebie płyn do płukania ust. Od tego zaczęłam, bo w moim przypadku musiałby on spełnić wiele warunków. Przede wszystkim nie trawię niczego, co jest miętowe w smaku. Po drugie rzeczy tego typu wolę kupować stacjonarnie, bo ze sklepami internetowymi to trzeba większe zakupy i nigdy nie wiadomo, kiedy będzie taka okazja. A więc wszystkie płyny te oficjalnie eko odpadają. No więc inny pomysł- płyny dla dzieci. Powinny być dostępne wersje smakowe, a że dla dzieci to i skład nie powinien przerażać z kilometra, prawda?

I tu zonk- tak powszechniej dostępne to są tylko 4 smakowe płyny na rynku. Widocznie u nas wszyscy kochają ten smak, nie ma alergików ani osób leczonych homeopatycznie (które mentolu nie mogą używać). No trudno, pomyślałam sobie, cztery to i tak już wybór, więc pora zgłębić się w składy....

Colgate Plax Magic

skład: Aqua, Glycerin. Propylene Glycol, Sorbitol, Poloxamer 407, Cetylpyridinium Chloride, Aroma, Sodium Fluoride, Methylparaben, Sodium Saccharin, Menthol, Propylparaben, CI42090

Tutaj wysoko nawilżająca błony śluzowe gliceryna, ale zaraz potem glikol propylenowy (po co?! pytam ja się...), słodzik i w miarę łagodna substancja czyszcząca. Fajnie, że w składzie oprócz związku fluoru (starszej generacji), jest substancja remineraliująca szkliwo (Cetylpyridinium Chloride) oraz słodzik działający przeciwpróchniczo. Ale są również parabeny :/. W płynie, który ma dłuższy kontakt z błonami śluzowymi. Dla dzieci. Phhh.

Aquafresh Big Teeth
skład: Aqua, Glycerin, Sorbitol,  Poloxamer 338, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Benzoate, Aroma, Allantoin, Cetylpyridinium Chloride, Methylparaben, Sodium Fluoride, Sodium Saccharin, Disodium Phosphate, Sodium Phosphate, Limonene, CI 17200

Czyli działające nawilżająco na błony gliceryna i sorbitol, potem dwie substancje czyszczące. Jest też allantoina. Substancja remineralizująca i związek fluoru. No i wiadomo: słodzik, konserwanty (benzoesan sodu w całkiem dużym stężeniu). Ale jest również jeden paraben. Wprawdzie tylko jeden, ale przed fluorkiem sodu, czyli w większym stężeniu niż poprzednio.

Listerine Smart Rinse

skład: Aqua, Sorbitol, Aroma, Phosphoric Acid, Sucralose, Cetylpyridinium Chloride, Sodium Fluoride, Disodium Phosphate. CI 15985, CI 42090

Tutaj nie ma gliceryny, za to jest sorbitol (słodzik, ale również pełni funkcję nawilżającą). Co jest potem? Kwas fosforowy- dokładnie ten sam jaki jest w napojach typu Cola i oskarżany o wszelkie zło (gdyż stosowany w jamie ustnej osłabia szkliwo silne zmieniając pH śliny, niektóry uważają że nawet trawi szkliwo). Dalej również substancja remineralizująca oraz związek fluoru starszej generacji. Tylko pytam ja się po co, skoro i tak płucze się zęby colą? *To oczywiście hiperbola, ale skład i tak jest "ciekawy".

Elgydium Junior

skład: Aqua, Glycerin, PEG-40 hydrogenated castor oil, Aroma, PEG -12 dimethicone, Nicomethanol hydrofluoride, Potassium sorbate, Xylitol, Sodium saccharin, CI16255

Zawiera nawilżającą glicerynę, potem substancję czyszczącą oraz aromat i silikon (ktoś wie, jaka może być tutaj funkcja silikonu, przecież to zaraz z zębów zostanie starte?), nowoczesny związek fluoru, konserwant i słodziki. Skład całkiem ok. Choć przydałoby się jeszcze coś remineralizującego.

Podsumowanie:
Żaden płyn mnie w pełni nie zadowolił. Są i małe koszmarki i nie takie złe płyny, ale praktycznie każdy zawiera w sobie jakieś substancje mogące działać drażniąco na śluzówkę i wywoływać podrażnienia. A przypominam, że to płyny dla dzieci. Chociaż no właśnie, przeglądając składy wielu płynów dla dorosłych, to te i tak nie są takie złe ;).

A Wy, sprawdzałyście składy tego typu produktów? Czy nie przejmujecie się tym za bardzo? Może macie już swoich sprawdzonych ulubieńców? Albo zamawiacie tylko takie z certyfikatem eko?

Ps. Jakby ktoś wiedział o jakiejś paście do zębów, która się nie pieni za bardzo, nie ma miętowego (po)smaku, nie ma fluoru więcej niż 750ppm, to bardzo proszę o namiar, bo tu szukanie idzie mi dużo bardziej opornie :).

sobota, 23 marca 2013

Witaminowa emulsja do dekoltu, Martina Gebhardt- recenzja

Witajcie!

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją kosmetyku praktycznie nieznanej u nas marki Martina Gebhardt. To naturalne, certyfikowane niemieckie kosmetyki. A oto co ciekawsze (przynajmniej dla mnie ;) założenia tej marki:

-Martina Gebhardt używa najświeższych ziół i olejów roślinnych, dzięki którym powstają wysokiej jakości produkty pielęgnacyjne. Większość surowców pochodzi z certyfikowanych upraw biologicznych.
-Rdzenne ludy Ameryki centralnej wciąż wytwarzają olejki eteryczne i maści w harmonii z rytmem kosmosu. Spora część tej pradawnej wiedzy została ponownie odkryta przez nowoczesne metody biodynamicznej uprawy roślin oraz przez spagirykę - alchemiczną metodę destylowania szlachetnych esencji roślinnych oraz wytrącania naturalnych soli z popiołów. Wiedza ta wykorzystana jest w kosmetykach marki Martina Gerbhardt.
-To kosmetyki biodynamiczne, czyli najwyższej jakości produkty kosmetyczne tworzone w oparciu o bazę roślinną pochodzącą wyłącznie ze ściśle monitorowanych upraw biodynamicznych, certyfikowane przez jedyny na świecie ośrodek certyfikujący DEMETER, zlokalizowany w Niemczech. Biodynamika to szczególny sposób prowadzenia uprawy roślinnej w harmonii z naturą. Biodynamika jest nauką opierającą się na obserwacjach ruchu natury, cyklów przyrody, zmienności żywych organizmów. Zasiewy, zbiory oraz proces produkcji odbywają się z uwzględnieniem rytmów ciał niebieskich, takich jak rytmy Słońca i Księżyca.
-Kremy Martina Gebhardt mają w składzie około 50% wody, zawartej np. w wyciągach roślinnych na bazie wody źródlanej, oraz 50% substancji oleistych, takich jak: oleje roślinne, tłuszcze i woski. Taki skład odpowiada budowie warstwy hydrolipidowej skóry 20-letniej kobiety.
-Wszystkie produkty kosmetyczne powinny być stosowane oszczędnie, wspomagając a nie tłumiąc naturalne funkcje skóry. Kremy z optymalnym pH w granicach 5-6 pozwalają skórze zachować jej naturalną barierę ochronną.
-Wszystkie produkty Martina Gebhardt zawierają wyłącznie niezbędne składniki, które wzajemnie się uzupełniają, tworząc wyjątkową esencję, która swoim działaniem wyrasta ponad wartość wszystkich składników razem wziętych.
-Kremy i emulsje do twarzy nie zawierają syntetycznych surowców, glicerolu, dwutlenku tytanu, konserwantów ani alkoholu.

Więcej możecie poczytać tu.
Zainteresowane? Oto więc mój kosmetyk.

Martina Gebhardt, HAPPY AGING, Witaminowa emulsja do dekoltu


Opis producenta:
Intensywna, bogata w witaminy pielęgnacja delikatnej skóry dekoltu. Emulsja nawilża i odżywia, zapobiega powstawaniu zmarszczek i chroni skórę przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych. Organiczne oleje i wyciągi z owoców winogron, aloesu, rokitnika, nasion granatu i andyjskiego ziela vilcacory wspierają naturalną regenerację skóry, dzięki czemu odzyskuje ona witalność, jędrność i zdrowy wygląd.
Wszystkie składniki pochodzą z surowców naturalnych, pozyskiwanych z kontrolowanych upraw biologicznych oraz kontraktowanych przez Demeter.

Certyfikowany kosmetyk biodynamiczny (DEMETER). Nie zawiera olejów mineralnych, parabenów, silikonów, składników pochodzących z martwych zwierząt, syntetycznych środków barwiących, zapachowych czy konserwujących. Nie testowany na zwierzętach.


Skład: 
Aqua, Olea Europaea Fruit Oil, Lecithin, Vitis Vinifera Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Butter, Vitis Vinifera Fruit Extract, Aloe Barbadensis Gel, Punica Granatum Oil, Uncaria Tomentosa Extract, Hippophae Rhamnoides Oil, Tocopherol, Daucus Carota Oil, Cetyl Alcohol, Cetearyl alcohol, Spagyrische Essenz [von Uncaria Tomentosa Extract, Silver, Gold, Sulfur], Aroma, Geraniol, Citronellol

Same bogactwo dobroczynnych olejów i maseł, które działają natłuszczająco, odżywczo i regenerująco, ale także olej z granatu, rokitnika i marchwi, które mają działanie odmładzające i przeciwrodnikowe. Do tego wyciągi z roślin, które działają ujędrniająco i antyoksydacyjnie dzięki zawartości polifenoli. Nawilżający aloes. Lecytyna, która nie tylko regeneruje, ale również ułatwia innym substancjom przenikanie w głąb naskórka. Z innych substancji to jedynie dwa emulgatory na samym końcu oraz olejki eteryczne pełniące w tym przypadku rolę konserwantu (nawet nie alkohol). Żadnych wypełniaczy, żadnych niepotrzebnych składników, a te które są, to z upraw certyfikowanych. Po prostu skład ideał.

* esencja spagiryczna- mało na ten temat znalazłam, (gr. spao = rozdzielam i ageiro = łączę) to określenie sztuki rozdzielania i łączenia ciał. Esencja spagiryczna może być otrzymywana z roślin, minerałów czy metali. W tym przypadku z rośliny, złota, srebra i siarki.


Cena/wydajność/dostępność:
49zł za 30ml, 100zł za 100ml. To w sumie nie tak dużo za taki skład oraz gdy porównany cenę z kremem do twarzy a nie balsamem do ciała ;). W przypadku większości kosmetyków tej marki jest możliwość zakupu mniejszych opakowań (np.15ml), które umożliwiają przetestowanie kremu przed zakupem pełnowymiarowej wersji. Dostępne np. w sklepie internetowym z kosmetykami naturalnymi Green Line.
Wydajność jest w mojej ocenie całkiem ok- 30ml zużyłam w praktycznie równe dwa miesiące nakładania dwa razy dziennie na obszar szyi i dekoltu, czyli jednak "troszkę" większy niż powierzchnia twarzy (wychodziło ok. 4 pompek).


Zapach:
Bardzo specyficzny i trudny do określenia (podobny do tego z próbek innych produktów tej marki). Coś pomiędzy ziołowym a kwiatowym. W miarę szybko się do niego przyzwyczaiłam i później już mi nie przeszkadzał. Podczas rozsmarowywania dosyć intensywny, ale szybko się ulatnia, więc nie koliduje z perfumami.

Konsystencja:
Dosyć gęsta i tłustawa, bardziej jak maść niż krem. W przyjemnie żółtym kolorze.

Opakowanie:
Opakowanie z białego szkła (ale zużycie widać pod światło), do tego idealna pompka oraz zatyczka. Opakowanie typowe dla produktów tej marki- zmieniają się tylko kolory etykiet w zależności od serii.

Komfort użytkowania:
Bardzo dobry. Krem łatwo się rozsmarowuje, od razu się wchłania i to praktycznie do matu. Zostawia jednak taki delikatny film dający uczucie gładkości... jakbym użyła bazy silikonowej (przypominam, że żadnego silikonu tam nie ma).


Działanie:
Działanie oceniam bardzo pozytywnie. Krem porządnie nawilżył i natłuścił zarówno obszar szyi, jak i dekoltu (które dotychczas traktowane były albo balsamami do ciała, albo kremami do twarzy). Skóra już po kilku użyciach stała się milsza w dotyku i bardziej wygładzona. Po dwóch miesiącach regularnego stosowania zauważyłam również wygładzenie drobnych zmarszczek i szybsze wyprasowywanie się zgnieceń (np. po dłuższym patrzeniu się w dół, gdy na szyi pojawiają mi się poziome linie). Skóra wydaje się również bardziej napięta, ujędrniona.
Wszystko byłoby super (takiego efektu oczekiwałam, a nie mogłam go uzyskać używanymi wcześniej produktami) gdyby nie jedno małe ale. Otóż w czasie używania tego kremu na szyi i dekolcie zaczęły wyskakiwać mi czasem krostki, co się już od lat nie wydarzało. Nie było to na tyle nasilone, by odstawiać krem, ale jednak konieczność tuszowania niedoskonałości w dodatkowych miejscach nie jest również do końca komfortowa. Podejrzewam, że może to być związane z zapychającymi właściwościami lecytyny czy masła kakaowego, które ujawniły się na mojej jednak masakrycznie kapryśnej skórze.


Czy kupię ponownie:
Może za jakiś czas, na razie będę nadal szukać swojego ideału, który zadziała równie dobrze, ale będzie miał mniej nielubianych przez moją skórę natłuszczaczy. Myślę nad wypróbowaniem olejku do dekoltu z tej samej serii. Natomiast sama marka i jej założenia tak mi się spodobały, że znalazła się na mojej wishliście i mam chrapkę na wiele kosmetyków z najróżniejszych serii (a marka składa się z naprawdę wielu linii kosmetyków, w kwestii samej pielęgnacji dekoltu mają emulsję, tonik i olejek).

Ocena:
5-/5

PS. Produkt do testów dostałam od sklepu internetowego z kosmetykami naturalnymi Green Line, za co serdecznie dziękuję i jednocześnie zapewniam, iż starałam się, aby ten fakt nie wpłynął na moją recenzję.

Podziękowania i aktualności

Witam wszystkich w tę mroźną zimową noc (choć pewnie dla Was już poranek ;).

Po pierwsze chciałabym podziękować za słowa otuchy pod poprzednim postem, w momentach załamania bardzo się przydawały (choć może się to wydać trochę dziwne, bo z większością z Was się osobiście nawet nie znam, ale czuję bardzo mocno jak blogowanie zbliża...). Dziękuję!
Chciałam poinformować, że już wszystko u mnie prawie w porządku i mogę na powrót oddać się przyjemności, jaką jest blogowanie oraz uczestniczenie w życiu innych blogów. To był dla mnie tydzień praktycznie wyjęty z życiorysu, ale ile się nowych rzeczy nauczyłam ;).
Parcha żadnego też nie dostałam, więc jest sukces (za to opracowałam własną metodę prysznicową- konewka z wodą gotowaną w czajniku elektrycznym zawieszona na haku pod sufitem z rączką powodującą jej przechył i wydostawanie się wody). Jednakże pierwszą rzeczą po podłączeniu gazu był chyba godzinny prysznic... i obiad, taki smaczny i zwyczajny z gotowanymi ziemniakami. Choć przyznam, że przez ten tydzień nie próżnowałam- tak, da się ugotować makaron w czajniku elektrycznym! :)
Od jutra wracam z ulubionym tematem, czyli kosmetykami oraz z kilkoma zaległymi recenzjami.

Pozdrawiam!

PS. Tak dla potomności i przyszłych czytających, jakby ktoś kiedyś miał podobny problem i szukał rozwiązania, to kontakt w tym celu raczej mailowy. Sprawę udało się ruszyć dzięki osobie, której raczej nie zależy na jej rozgłosie.

poniedziałek, 18 marca 2013

Jak długo mogę się nie kąpać? ;-)

Witajcie!

Przepraszam za moją nieobecność na swoim blogu (i na Waszych blogach), która niestety może jeszcze kilka dni potrwać. Niestety związane jest to z faktem, iż podczas rutynowej wymiany gazomierza panowie gazownicy odcięli mi gaz. Czwarty dzień (!) nie mogę nic ugotować (pozostaje mikrofala) ani się porządnie umyć (tylko metoda miseczkowa...ehhh, tak psioczyłam że mam tylko prysznic, a wannę bym chciała, to teraz doceniłam luksus prysznica ;). I nie zanosi się na razie nic na to, by wszystko wróciło do normy. To znaczy zanosi się- gdy wygrzebię skądś 500zł i zapłacę za zupełnie niepotrzebny mi papierek, na który się gazownia uparła. Tylko, że ja tyle nie mam. A nawet jakbym miała, to pewnie wolałabym je wydać na coś innego niż na naprawienie czegoś, co jest w gestii gazowni i spółdzielni, a nie mojej. Także na razie się nie zanosi na zmianę jednak. Za to przez weekend zrobiłam "studia internetowe" z prawa budowlanego, gazowego, spółdzielczego itd ;). I od rana dzwonię i dzwonię po urzędnikach, także kurs asertywności także mam w cenie... Jak się skończy w sądzie, to i kurs prawa pewnie będę musiała przerobić :/. Choć pewnie z urzędnikami nikt jeszcze nie wygrał....
Sprawa jest na tyle absurdalna i patowa, że zaczęłam się zastanawiać, czy by moja historia nie zaciekawiła np. Gazety Krakowskiej albo jakiegoś programu interwencyjnego, wtedy miałabym wreszcie swoje 5 minut popularności ;). I na pewno takimi wieściami się na blogu pochwalę :-P. A tak na poważnie, to proszę Was o kciuki i ciepłe myśli...


Pozdrawiam!

PS. Jak myślicie, da się zmyć olej z włosów, gdy ma się do dyspozycji tylko dwie miseczki z wodą? Czy lepiej zaopatrzyć się w co najmniej dwie dodatkowe? :)

środa, 13 marca 2013

Dodatki do wymianki

Witajcie,
zmotywowałam się wreszcie i uzupełniłam moją zakładkę z kosmetykami do wymiany o zdjęcia oraz o nowe smarowidła :). Oczywiście Was zapraszam: KLIK

wtorek, 12 marca 2013

Maceraty z domowych składników

Witam!

Czasami nachodzi mnie taka potrzeba, żeby coś ukręcić tu i teraz, bez konieczności kupowania dodatkowych składników. Tak było i tym razem. Zdecydowałam się na przygotowanie kilku mikstur z tego, co miałam w kuchni. A mianowicie chodzi o maceraty. Co to takiego, to chyba każdy już wie (jakby co zajrzyjcie np. do Hinaty), więc nie będę opisywać szczegółowo całej technologii produkcji. Maceraty z domowych składników, które właśnie przygotowałam:


1. macerat marchwiowy (starty korzeń marchwi ekologicznej w oleju słonecznikowym)
Ma właściwości wygładzające, zmiękczające, brązujące, chroniące przed promieniami UV a także silnie przeciwstarzeniowe z uwagi na zawartość beta-karotenu. Czysty macerat może barwić skórę całkiem konkretnie, dlatego mam zamiar go stosować w serach i kremach. Będzie w sam raz na lato jako dodatkowa ochrona przeciwsłoneczna.


2. macerat z czosnku (starty czosnek zalany olejem słonecznikowym)
Wzmacnia włosy i hamuje wypadanie, przyspiesza ich porost, działa przeciwbakteryjnie i przeciwłupieżowo. Normalizuje wydzielanie sebum. Swoje właściwości zawdzięcza siarce. Mam zamiar stosować w mieszance na włosy (o której za chwilę), oraz solo na twarz na noc. Zapachu się nie boję, bo nie będę go używa codziennie, tylko wtedy, gdy będę siedzieć w domu z olejem na pyszczku lub na włosach ;).


3. macerat z zielonej herbaty (zmielona drobno zielona herbata w oleju sezamowym)
Ma działanie nawilżające, przeciwzapalne, bakteriobójcze, napinające. Działa przeciwstarzeniowo. Poprawia mikrokrążenie i wzmacnia naczynia krwionośne, przez co likwiduje obrzęki i cienie. Mam zamiar stosować solo jako nocną maseczkę pod oczy- stąd też zmiana oleju bazowego na konkretniejszy.


4. macerat z kawy (kawa mielona zalana olejem)
O tym znalazłam najmniej informacji, ale można założyć, że z uwagi na zawartość kofeiny ma działanie pobudzające cebulki włosowe i przyspieszające porost włosów. Do tego działa na nie lekko przyciemniająco. Mam zamiar stosować na skórę głowy. Kawa w tym przypadku będzie tylko jednym ze składników:
-czosnek, kawę, rozmaryn i chili zalałam olejkiem łopianowym ze skrzypem Green Pharmacy. Mieszanka ma działać uderzeniowo na szybkość wzrostu włosów, ale także chronić przed łupieżem i normalizować wydzielanie sebum.


Podsumowując- mają mi wyjść dwa oleje na twarz (dzienny marchwiowy i nocny czosnkowy), jeden olej pod oczy oraz mieszanka na skórę głowy. Myślę, że na pierwszy raz to całkiem rozsądny plan, a do tego nic mnie nie kosztował :). A Wy, robicie maceraty? Znacie jeszcze jakieś przepisy na maceraty z domowych składników?

poniedziałek, 11 marca 2013

Plan pielęgnacji mojej problemowej twarzy, vol. 2

Witajcie!

Po raz pierwszy (i ostatni zarazem) opisywałam Wam moją pielęgnację twarzy w listopadzie (tu)- dla przypomnienia zmagam się od lat z trądzikiem. Od tego czasu niewiele się w niej zmieniło, aż do teraz (a to głównie z uwagi na kończące się poszczególne kosmetyki). Ogólnie jestem zadowolona z obranego przez siebie kierunku. Pielęgnacja nie zajmuje mi wiele czasu, a i nie drenuje jakoś specjalnie kieszeni. Od 3 miesięcy nie doświadczyłam takiego prawdziwego pryszcza. Stopniowo zmniejsza się również ilość zaskórników i przebarwień. Niestety skóra cały czas się dosyć mocno tłuści w strefie T, ale to już chyba taka moja uroda :/.

Tak wyglądała moja pielęgnacja ostatnio:


 1. oczyszczanie
-żel do mycia/peeling/maseczka Garnier 3w1- używany jako żel oczyszczający, ale zostawiany później na około minutę na twarzy. Doskonale oczyszczał (znikały czarne główki zaskórników z nosa), nie podrażniał (sls dalej w składzie), ale z uwagi na wysuszające właściwości glinki nie wyobrażam sobie używania go codziennie. Nie używałam go również jako peelingu mechanicznego z obawy, że rozprzestrzenię zarazki po twarzy. Skończył się. Nie wiem, czy kiedyś kupię ponownie. Ocena: 4-/5
-olejek do mycia  herbaciany z BU (recenzja tu). Na szczęście wreszcie się skończył, bo nie polubiłam się z nim. Nigdy więcej. Ocena: 3-/5
-mydło Aleppo 50%, moja wersja jest bardzo twarda i chyba nigdy mi się nie skończy. Gdy myję nim skórę 2 razy dziennie to zaczyna ją wysuszać, ale stosowany rzadziej krzywdy już nie wyrządza. Do tego wydaje mi się, że ma właściwości delikatnie zaleczające drobne wypryski. Będę używać dalej, ale na zmianę z czymś delikatniejszym. Recenzji nie będzie, bo pełno ich w blogosferze :). Ocena: 5-/5

2. tonizowanie
-tonik 10% AHA/BHA z BU- wcześniej stosowałam codziennie w ramach przygotowania skóry do serii zimowych peelingów kwasowych. Obecnie, gdy nie potrzebuję już tak dużego codziennego złuszczania, to rozcieńczyłam go dwukrotnie wodą różaną i dalej używam codziennie. Tonizuje skórę, delikatnie nawilża. Zostawia lekko klejącą warstewkę, która znika po około minucie. Kończy mi się powoli, a wtedy już nie kupię go, tylko zrobię swój własny (bez dodatku glikoli), bo cena wersji gotowej jest mało opłacalna. Ocena: 4/5

3. pielęgnacja na noc- leczenie
-zamiennie Isotrex (retinoid) ze Skinorenem (kwas azelainowy)- więcej o tej kombinacji pisałam tu. Nadal sprawdza się bardzo dobrze, obecnie już praktycznie nie przesusza skóry, która staje się coraz bardziej napięta i nawilżona od wewnątrz. To głównie te maści przyczyniły się do redukcji trądziku i przebarwień. To już któreś z kolei tubki (mają ważność tylko 2 miesiące po otwarciu, więc trzeba często kupować nowe, nawet jak się nie zużyło poprzednich). Lojalnie uprzedzam, że taka kombinacja to wersja hardkorowa raczej dla tych, co już niejednym skórę złuszczali, a i tak ciąży nad nimi widmo retinoidów wewnętrznych.

4. pielęgnacja na dzień- nawilżanie
-krem sensitiv Alterra- pisałam o nim tu. Zdania generalnie nie zmieniłam, gdyż delikatnie natłuszcza i działa ochronnie, ale zaczęło mi brakować w jego składzie jakiś dodatkowych składników, które wpłynęłyby np. na wydzielanie sebum czy działały przeciwrodnikowo. Skończył się. Raczej więcej nie kupię, gdyż cały czas szukam kremu idealnego. Ocena: 4-/5
-żel ślimakowy z Mizona- (recenzja tu) kocham go i uwielbiam, niestety skończył mi się już wcześniej i nie znalazł się na zdjęciu. Szykuję się do zakupu kolejnej tubki. W moim przypadku używany był jako serum pod krem nawilżający. Ocena: 5-/5
-krem z filtrem SVR Lysalpha 50 dla tłustej cery- co tu dużo mówić, działać działa (nie nabawiłam się nowych przebarwień pomimo intensywnego złuszczania), ale zostawia tłustą warstwę. Na szczęście nie zapycha. Na nowy sezon będę chciała wypróbować matujący krem z filtrem z Vichy. Ocena: 4-/5

5. maski i peelingi
-peeling enzymatyczny z BU- zużywam już drugie opakowanie. Mnie nie podrażnia, a ładnie usuwa suche skórki. Niestety mało wydajny jak na jego cenę. Ocena: 4+/5
-maseczka Ubtan Hesh (przesypana do białego okrągłego opakowania)- pisałam o niej tutaj. Wydajna jak diabli. Ocena: 5-/5

6. preparaty specjalne
-serum lemon eko z BU- pisałam o nim tu. Jako że się nie polubiliśmy, to zużywałam je jako dodatek do maseczek glinkowych. Nie kupię więcej. Ocena: 2/5
-Nixoderm- preparat punktowy na wypryski z Malezji do kupienia na eBay. Niedługo napiszę o nim trochę więcej :)))).

Pielęgnacja moja mniej więcej tak wyglądała przez ostatnie cztery miesiące. Tak za to będzie wyglądać od teraz:


Co nowego?
Czyli do oczyszczania zaczynam używać żelu oczyszczającego Nonique od Hexxany, do tego z uwagi na brak krostek chciałabym wprowadzić peelingi mechaniczne (kawa mielona w żelu myjącym). Ukręciłam też swój pierwszy krem na bazie maceratu marchwiowego (pora nabrać trochę kolorów na lato;), o czym też niedługo napiszę. I nadal eksperymentuję z olejowaniem twarzy- tym razem spróbuję z mieszanką oleju z orzechów laskowych, arganowego i rokitnikowego od Verimy.

Używałyście któregoś z tych produktów? Włosomaniactwo włosomaniactwem, a jak rozbudowana jest Wasza pielęgnacja twarzy?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...