Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczyszczanie twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczyszczanie twarzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 stycznia 2013

Ubtan Hesh, czyli maseczka na wszystko

Witajcie po długaśnej mojej chorobie!
Dziś przyszła wreszcie pora na zrecenzowanie kosmetyku, o którym mało w blogosferze można przeczytać. Sama kupiłam go trochę w ciemno w listopadzie, więc już mogę co nieco napisać. Tym bardziej, że ta naturalna maseczka jest do wygrania w moim rozdaniu, a obiecałam Wam opisać wszystkie tamte kosmetyki.

Hesh, Ajurwedyjska maseczka oczyszczająca Ubtan


Opis producenta:
Oparty na ajurwedyjskiej recepturze Ubtan łagodnie, ale dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej i zachowując jej naturalną wilgotność. Już po pierwszym użyciu można zauważyć, że skóra rozświetliła się zdrowym blaskiem. Bardzo dobrze nadaje się do pielęgnacji skóry trądzikowej i problematycznej. Działa również przeciwutleniająco i przeciwstarzeniowo, poprawia koloryt skóry. Ma działanie chłodzące.

Skład:
Nagarmotha (Cyperus Rotundus), Rose Petal Powder (Rose Alba), Sandalwood Powder (Santalum Album), Kachura (Curcuma Zedoria), Bawchi (Psorolea Corylifolia), Anantmul (Hemidesmus Indicus), Amba Haldi (Curcuma Amada), Wala (Andropogan Muircatus), Manjishta (Rubia Cordifolia), Orange Peel Powder (Citrus Aurantium), Multani Mati (Fuller's Earth)

Zawiera same naturalne składniki: odżywczy puder z płatków róży, przeciwbliznowy proszek sandałowy, rozjaśniający wyciąg z cytrusów, przeciwbakteryjną kurkumę i całą gamę innych ziół, które nic mi nie mówią, ale zapewne są źródłem antyutleniaczy. A taki skład wydaje się być skierowany na wiele problemów skórnych. A, i zawiera także wybielającą glinkę multani mitti.


Cena/wydajność:
Opakowanie 100g za ok. 12zł. Na jedno użycie na twarz i szyję zużywam jedną czubatą łyżeczkę od herbaty, co powoduje, że od listopada- stosując ją raz w tygodniu (czasem co dwa tygodnie)- zużyłam około połowę. A więc tanio i wydajnie jak za naturalną maseczkę.

Dostępność:
W sklepach z kosmetykami naturalnymi i na Allegro.


Sposób użycia:

Jako mydło
  • rozmieszać odpowiednią ilość proszku w wodzie
  • rozprowadzić pastę na całym ciele
  • odczekać 5-10 minut
  • zażyć kąpieli lub wziąć prysznic.
Jako maseczka
  • rozmieszać niewielką ilość proszku z wodą do uzyskania konsystencji pasty
  • nałożyć na skórę twarzy
  • po 10-15 minutach zmyć lub usunąć poprzez delikatne pocieranie skóry,które zapewni dodatkowy efekt peelingujący
W przypadku skóry suchej i wrażliwej proszek można rozmieszać z wodą z dodatkiem wybranego oleju lub jogurtu.


Zapach:
To największy minus tego produktu- zapach jest bardzo intensywny i ziołowy (stawiam, że na pierwszy plan wybija się aromat sandałowca). Utrzymuje się zarówno w suchym proszku, jak i po rozrobieniu proszku z wodą i nałożeniu na twarz. Znika dopiero, jak spłuczemy maseczkę.

Konsystencja:
Bardzo drobno zmielony proszek w kolorze zielono-brązowym, bardzo przypomina glinkę (również po rozrobieniu).


Komfort użytkowania:
Podobny jak przy glinkach czy błotach- wymaga przygotowania pasty, łatwo się nakłada, po 15 minutach zasycha w skorupkę, brudzi przy zmywaniu. Zdecydowanie nie jest to maseczka relaksacyjna.

Działanie:
Na czas testowania tego proszku odłożyłam wszystkie moje glinki i błota, żeby móc zaobserwować jego działanie. Stosowałam tylko jako maseczkę na twarz, którą przy zmywaniu lekko masowałam (taki dodatkowy peeling).
Przede wszystkim bardzo dobrze oczyszcza skórę- po użyciu wszystkie brudy są wyciągnięte, łepki zaskórników usunięte podobnie jak w przypadku glinki zielonej. Przy tym nie wysusza skóry aż tak bardzo, jak glinka (choć należy pamiętać, by również nie dopuszczać do zaschnięcia maseczki na twarzy).
Skóra jest miękka w dotyku, przez następne dni mniej się przetłuszcza, jest również bledsza i taka jakby bardziej zaróżowiona (mniej zszarzała).
Działania przeciwstarzeniowego nie zauważyłam (bo cięzko takie coś zauważyć, a fakt dorobienia się zmarszczek za rok czy za pięć lat trudno będzie przypisać kolejnemu czynnikowi), jednak sądząc po składzie, to jest to pewnie pomoc dla skóry w odsunięciu w czasie tego faktu.
Mnie maseczka nie uczuliła ani nie podrażniła (choć przy pierwszych użyciach czuć było delikatne pieczenie na początku), jednak ja prawie zawsze dodaję kilka kropli oleju do takiej pasty (podobnie jak do glinek), dzięki czemu są delikatniejsze i dłużej zasychają. Raz dodałam również jogurtu, ale mieszanka zapachowa była nieziemsko okropna ;).


Czy kupię ponownie:
Zdecydowanie tak. Nie przeszkadza mi zapach ani komfort użytkowania, gdyż jestem przyzwyczajona do różnych błotek, spirulin czy glinek. Jest tania i wydajna. Ma fajny skład. Działa jak glinka, ale ma do tego kilka bonusów, jeśli chodzi o działanie i przez to jest bardziej wszechstronna. Zastanawiam się jeszcze nad jej stuningowaniem i użyciem np. na skórę głowy... ;).

Ocena:
5-/5

sobota, 12 stycznia 2013

Egzotyczne mydło nepalskie dla joginek- recenzja

Witajcie!
W listopadzie brałam udział (jak chyba wszyscy ;) w konkursie „Mydlany Tydzień Nepalski” na blogu Śliwki Robaczywki. Dzięki Ewelinie dostałam do testów egzotyczne mydło z serii Yogini prosto z Nepalu. O ile stosowałam już różne mydła, w tym mydła z glinką czy miodem, to mydła z mlekiem i dodatkiem ajurwedyjskich ziół w łapkach nigdy nawet nie trzymałam. Zaraz zaczęłam je oczywiście używać i myślę, że po miesiącu mogę już co nieco o nim powiedzieć

        Yogini - Mleczno-różane mydło z Ashwagandha, czerwoną glinką i miodem


Filozofia marki:
Każda kostka mydła jest ręcznie wytwarzana w Nepalu przy wykorzystaniu techniki na zimno przez kobiety wywodzące się z biednych, odległych społeczności, które pracują teraz w Katmandu. Rośliny są pozyskiwane tak, aby ich zasoby mogły się zregenerować, handel odbywa się z poszanowaniem zasad poszczególnych społeczności a ludzie mają zapewnione miejsca pracy w których panuje szacunek i godność. Aby zapewnić czystość i jakość produktu, mydła są wytwarzane w małych partiach przy użyciu najlepszych mieszanin olejów i ziół. Po sezonowaniu mydeł przez co najmniej miesiąc, są one cięte i etykietowane ręcznie.  Mydła te nie są testowane na zwierzętach, lecz na rodzinie i przyjaciołach (więcej o procesie produkcji Wild Earth).

Opis producenta:
Powstałe w Nepalu, a do jego stworzenia Wild Earth zainspirowała Joga. Jogini w starożytnych Indiach zwykli mieszkać w dzikich lasach i dżunglach, kąpiąc się w strumieniach i wodospadach. Błoto, zboża, mąka i popiół były często używane do złuszczenia i oczyszczenia skóry. Mydła Yogi i Yogini są bogate w ajurwedyjskie zioła tradycyjnie używane przez joginów. Dzięki temu przy okazji każdej kąpieli inspirują do przemyśleń i zadumy w trakcie podróży do głębi samego siebie.
W mydle użyto zioła Ashwagandha. Jest to zioło, które w naturalny sposób wzmacniają żeńską energię.
Delikatne mydełko do nawilżającej kąpieli zawierające nawilżające mleko, miód, oczyszczającą czerwoną glinkę i odmładzający olejek różany, dzięki czemu poza właściwościami myjącymi oraz aromatycznymi mydło działa pielęgnująco i kojąco na skórę.
Wytwarzane jest ręcznie przy użyciu tradycyjnej metody na zimno, zgodnie z zasadami Fair Trade. Nie testowane na zwierzętach.

Skład:
Skład na ulotce polskiej
woda, masło kokosowe, olej palmowy, olej słonecznikowy, oliwa z oliwek Ashwagandha, szparag lekarski, mleko krowie, czerwona glinka, miód himalajski, różany olejek zapachowy

Skład na ulotce angielskiej
Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Aqua, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Elaeis (Palm) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil infused with Withania Somnifera (Winter Cherry) Root, Asparagus Racemosus Root, Red Clay, Cow Milk Powder, Honey, Parfum, Geraniol, Citronellol


Oba składy przytoczyłam dla rzetelności, nie różnią się jednak zbytnio (jedynie kolejnością składników i obecnością oleju słonecznikowego). W mydle tym możemy znaleźć oczywiście:
-oleje (kokosowy, słonecznikowy, palmowy, z oliwy z oliwek),
-do tego ekstrakty z Withania Somnifera i szparaga lekarskiego (w tekstach ajurwedyjskich uznawane z pobudzające seksualnie, wzmacniające żeńską energię dzięki zawartości fitoestrogenów),
-oczyszczającą glinkę czerwoną,
-oraz nawilżające mleko i miód.

Cena/wydajność:
22,30zł za 80g, więc mniejsza kostka niż zazwyczaj. Podobnie kosztują przecież mydła Aleppo, a są około dwukrotnie/trzykrotnie większe, zaś mydło marsylskie można mieć już za 10zł.
Wydajność jest bardzo wysoka (z powodu twardości kostki), używam w różnych celach mydła od prawie miesiąca i praktycznie nie widać ubytku.
Mydło jest do kupienia w sklepie Blisko Natury.

Opakowanie:
Mydło opakowane zostało w folię, opaskę papierową z nazwą, składem i małym przesłaniem od firmy (po angielski). Następnie jest druga warstwa folii, na której jest naklejka z polskimi informacjami. A nie każda firma się pokusi o ten dodatek, więc za to duży plus.


Zapach:
Zapach typowo mydlany z dość silnym aromatem olejku różanego. Dlatego dla niektórych jest wadą (mężowi kojarzy się ze starą babcią), a dla innych zaletą (ja bardzo lubię ten zapach).

Konsystencja:
Z powodu braku gliceryny w składzie mydło jest twarde. Po umyciu odkładam je zawsze na spodeczek, co nie spowodowało mazistości, rozmiękczenia czy zmiany kształtu.
Konsystencja piany jest również bardzo zbita- nie jest to piana, a emulsja (jak w przypadku mydeł Aleppo). Bardzo łatwo wytworzyć dużą ilość takiej emulsji nawet bez użycia gąbki.

Działanie:
Testowałam je na wszystkich częściach ciała, stąd opis działania będzie podzielony.
-Na włosach nie spisało się kompletnie- po umyciu wydawały się jeszcze bardziej brudne, tłuste, sztywne. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że jest to kwestia twardej wody wypływającej z moich kranów. A nie mam cierpliwości, by myć włosy w wodzie źródlanej czy destylowanej, stąd dla mnie pomysł mycia włosów mydłem upada ostatecznie.
-Do okolic intymnych również się nie spisał, gdyż spowodował podrażnienie. Zdziwiło mnie to bardzo, gdyż w tych celach używałam już mydła Aleppo i nie było takich problemów. Najprawdopodobniej jest to wina olejków eterycznych w nim zawartych, które mogły się okazać zbyt agresywne.
-Użyłam mydła kilkunastokrotnie do mycia twarzy w dni po peelingach kwasowych. Spisało się bardzo dobrze. Nie podrażniło jeszcze bardziej skóry, a ją być może nawet delikatnie załagodziło. Nie wysuszyło.
-Najczęściej używam go do mycia ciała, gdyż w tej kwestii spisało się najlepiej. Skóra ciała po jego zastosowaniu była miękka i nieściągnięta. Nie pozostawia żadnej tłustej powłoczki, a i tak nie musiałam się od razu smarować balsamem czy oliwką. Do tego delikatnie, ładnie pachniała olejkiem różanym.
PS. nie zauważyłam działania pobudzającego seksualnie ;).


Czy kupię ponownie:
Trudne pytanie- wprawdzie z jednej strony cena jest dość wysoka. Ale z drugiej, ilu z Was zdarzyło się kupić żel pod prysznic/do kąpieli/do twarzy za 20zł. Mi się zdarzyło nieraz. W drogeriach znaleźć można nawet droższe specyfiki.
Na dodatek jest to produkt ekskluzywny, z wieloma dobroczynnymi dodatkami. Nie tylko myje, ale i odżywia skórę. I nie płacimy tu za reklamę/etykietkę, co za niesamowitą historię, która się kryje za tymi mydłami. I ta historia jest jak najbardziej warta tej ceny.
Dlatego uważam, że to jest taki kosmetyk na prezent dla mamy, siostry, przyjaciółki albo żeby go ktoś nam sprezentował. A podczas dawania prezentu należałoby opowiedzieć o tym, gdzie i jak i z czego jest wytwarzany. A potem tylko zanurzyć się w marzeniach o dalekich podróżach podczas kąpieli...

Ocena:
4+/5 (jak znajdę nawilżające mydło do wszystkiego, to ono wtedy dostanie maksymalną notę).

Udało Wam się wygrać nepalskie mydełko? Stosowałyście może i możecie polecić jakiś inny kosmetyk z tej egzotycznej części świata?

czwartek, 3 stycznia 2013

Czy dobrze oczyszczasz skórę twarzy? cz. 2

Witajcie!
Przepraszam, że tak długo Was trzymałam w niepewności, ale nie było mnie przez cały dzień w domu (jakoś się jeszcze nie nauczyłam pisać postów na zapas). Poza tym nawet nie myślałam, że będzie aż tak duży odzew :).


Płyn, o którym mówię, to nie płyn micelarny- wypróbowałam ich już wiele, używam ich regularnie, ale nie do doczyszczania twarzy po myciu, bo płatek nigdy nie był jakoś specjalnie brudny, tylko przed myciem do zmywania makijażu.

Nie jest to też zwykły tonik (miałam i te drogeryjne i te apteczne do trądzikowej skóry, miałam hydrolat oczarowy, robiłam również własne napary ziołowe czy tonik z octu jabłkowego, obecnie mam tonik z kwasami z BU), bo te w moim przypadku rewelacyjnie tonizują skórę po myciu, ale jakoś większych brudów na płatku nie widuję.

Chodzi o niepozorny płyn, który pewnie wiele z Was cierpiących na trądzik miało już w swoich zasobach- Afronis. Nie używam go jednak z zgodnie z przeznaczeniem, czyli jako tonik, bo pewnie wysuszył by mi skórę na wiór (a stosowany długotrwale odkłada trujące związki w organizmie), ale właśnie od czasu do czasu w celu doczyszczenia buzi po myciu czy mechanicznym usuwaniu zaskórników. Tylko po nim płatek jest po prostu brudny, nawet po żelu Garniera zostaje na nim coś żółtego, ble. Kilka razy nawet wyciągnął igiełki zaskórników.


Skład tego płynu to nie tylko maksymalnie wysuszający alkohol, ale i:
-kwas borowy (3%), który ma działanie silnie odkażające i ściągające, ale nie zmienia pH roztworu i nie ma działania drażniącego jak inne kwasy
-rezorcyna (2%) złuszcza, rozjaśnia, udrażnia gruczoły łojowe, hamuje wydzielanie łoju
-mentol (0,2%) działa znieczulająco i przeciwświądowo
-tymol (0,5%), który jest podstawowym składnikiem olejku eterycznego z tymianku, ma silne działanie bakteriobójcze, grzybobójcze.

Tu ważne, że ten płyn nie może być stosowany długotrwale ani na większe powierzchnie, bo wchłonięty do ustroju staje się toksyczny (!). Jest o tym napisane nawet w dołączonej ulotce. Dlatego, delikatnie mówiąc, odradzałabym stosowanie go jako toniku po każdorazowym myciu! Ja mam buteleczkę 100ml od października i ubył mi może z 1cm.

Także podsumowując, gorąco polecam Wam (szczególnie tym z Was, które borykają się z trądzikiem) sprawdzić czasami czymś mocniejszym, czy aby na pewno Wasz żel/olejek/płyn/mleczko dobrze oczyszcza skórę ;). Ja sobie obiecałam, że teraz będę sprawdzać tak każde nowe myjadło.

Ps. Dziękuję Wam również za strzały, bo dzięki nim dowiedziałam się również o toniku pichtowym i mieszance nafty z olejkiem pichtowym jako dobrych środkach wyciągających brud i zaskórniki ze skóry. Mam zamiar w najbliższym czasie je zakupić i porównać siłę oczyszczania ;). Dzięki!

Czy dobrze oczyszczasz skórę twarzy?

Dzisiaj post odrobinę prowokacyjny, a do tego z ohydnymi zdjęciami :). Mianowicie będzie dotyczyć oczyszczania cery.

Zmywamy makijaż, myjemy skórę, peelingujemy, tonizujemy, ale czy to wystarcza? Czy po tych zabiegach skóra jest na pewno oczyszczona? Zastanawiałyście się kiedyś, czy produkty przez Was używane zmywają wszystkie zanieczyszczenia?

Ja przez wiele lat się nad tym nie zastanawiałam, wychodząc z założenia, że produkt myjący myje, więc jest czysto ;). Myślałam co najwyżej o tym, czy iść w stronę preparatów przeciwtrądzikowych czy tych przeznaczonych do łagodnego oczyszczania (ach te różne szkoły), potem czytałam składy w kwestii zawartości SLS-ów. Nic też nie budziło moich podejrzeń, bo przeszłam przez wiele toników (tych alkoholowych i bezalkoholowych) i nigdy jakoś użyty płatek nie wzbudzał mojego zainteresowania swoją zawartością. Aż do czasu, gdy nabyłam pewien płyn. Czasami po przetarciu nim skóry po umyciu twarzy płatek był po prostu brudny (a czasem nie). Powzięłam pewne podejrzenia i w związku z tym zrobiłam pewien "eksperyment".

Wróciłam do moich wszystkich myjadeł do twarzy i po użyciu każdego z nich przecierałam twarz tym tajemniczym płynem i zbierałam użyte płatki kosmetyczne. Dla jak najlepszego porównania tylko po myciu porannym, żeby ewentualny makijaż nie wpływał na wyniki "eksperymentu".

A oto i efekty:
od lewej: 1. olejek myjący BU, 2. mydło Aleppo, 3. mydło Aleppo trzymane minutę, 4. żel Garnier Czysta Skóra 3w1

Jak widzicie, moje przypuszczenia się sprawdziły i olejek myjący nie dla mnie (choć tu może być też kwestia techniki jego użycia), również mydło zmywane od razu po spienieniu i przemasowaniu twarzy nie zmyło wszystkich zanieczyszczeń. Dobre efekty były przy mydle, które po rozmasowaniu trzymałam na twarzy około minutę i dopiero zmywałam (taka mini maseczka). Najlepiej zaś spisał się żel z Garniera, który na szczęście SLS'y ma daleko w składzie, a swoje właściwości zawdzięcza dużemu stężeniu glinki. Jednak trochę boję się, że używany codziennie mógłby za bardzo wysuszać/podrażniać skórę.
Dlatego od tej pory postanowiłam wprowadzić nowy rytuał w mojej pielęgnacji twarzy, czyli mydło Aleppo trzymane na twarzy dłużej (już sobie zaplanowałam, że mogę wtedy myć zęby). Ciekawe jakie będą efekty?


A Wy- sprawdzałyście kiedyś, jak dobrze oczyszczacie skórę twarzy? Jesteście ciekawe, co to za płyn tak dobrze zmywający zanieczyszczenia z twarzy? Jeśli tak, to mogę w następnej notce o nim co nieco napisać :)

wtorek, 4 grudnia 2012

Moja kolekcja glinek, cz. 3 (glinka rhassoul)

To będzie już ostatni wpis o moich glinkach, a jednocześnie przedstawię moją ulubioną.

Marokańska glinka rhassoul (lub ghassoul)

Rhassoul jest naturalną glinką w 100% wydobywaną ręcznie z jedynego na świecie złoża znajdującego się w górach Atlas w Maroku. Rhassoul od wieków stosowana jest w celach kosmetycznych przez mieszkańców Afryki Północnej i niektórych regionów Bliskiego Wschodu. Nazwa pochodzi od arabskiego czasownika rh(gh)assala- myć się.

Glinka ta najczęściej ma postać proszku lub płatków (po suszeniu w dużych płatach jest łamana na małe płatki lub mielona na proszek). Rhassoul po wymieszaniu z wodą przybieraja postać błota. Bogate jest ono w magnez, krzem, potas, wapń, żelazo, glin, miedź, lit, cynk. Posiada właściwości myjące i odtłuszczające. Działanie glinki Rhassoul polega jedynie na absorpcji zanieczyszczeń, nie jest więc w żaden sposób agresywne dla włosów, skóry czy śluzówek. Zapobiega wysuszaniu się i łuszczeniu skóry, poprawia jej elastyczność i strukturę. Działa matująco i odświeżająco. Doskonale pielęgnuje wrażliwą i trądzikową skórę.

Co wyróżnia tę glinkę od innych? Mianowicie ma ona naturalną zdolność spieniania się, dzięki czemu nie musi być używana jedynie jako maseczki do skóry, ale również można nią myć włosy czy ciało.

Celowo nie piszę, do jakiej cery jest zalecana, gdyż wydaje mi się, że podpasuje każdemu, jeśli nie samodzielnie, to z odpowiednim dodatkiem, np. olejowym.

Stosowanie:
-dzięki właściwościom pianotwórczym i odtłuszczającym oraz łagodnemu działaniu glinka Rhassoul spełnia rolę naturalnego szamponu i stosowana jest do mycia oraz pielęgnacji włosów. Skutecznie myje włosy i skórę głowy, nie uszkadzając łuski włosowej i włókien keratynowych.
-jako maseczka na twarz i ciało.
-jako peeling do ciała znakomicie wygładza i ujędrnia skórę usuwając martwe komórki skóry, oczyszcza ją i czyni bardzo świeżą, odmłodzoną.




Ja mam tę samą glinkę rhassoul w trzech wersjach w zależności od dodatków:
-z rozmarynem,
-z suszonymi płatkami róży,
-z indygo.

Glinki z rozmarynem używam do twarzy z uwagi na antyseptyczne właściwości tej przyprawy. Używam jej tradycyjnie jako maseczki, ale zdarzało mi się również używać jej jako środka myjącego (masowałam mokrą twarz pastą z glinki, która tworzyła emulsję). Twarz po tym była matowa i ładnie domyta. Obecnie z uwagi na fakt poszukiwania nowego myjadła, przymierzam się do przestawienia się na mycie twarzy tylko glinką. Przygotowanie jej do tego nie jest jakoś uciążliwe, gdyż w słoiczku można rozpuścić większą jej ilość i trzymać go w temperaturze pokojowej przez 2 dni, czyli na 4 mycia twarzy.

Glinki kwiatowej (ale tu mogłaby być każda inna) używam jako naturalny peeling do ciała. Nakładam trochę pasty glinkowej na palce i masuję nią całe ciało.  Tworzy śliską emulsję i dzięki temu jest bardzo wydajna. Skóra po takim zabiegu jest domyta, wypeelingowana, aczkolwiek wymaga dodatkowego nawilżenia.

Glinkę z indygo stosuję do włosów z uwagi na przyciemniający charakter indygo. Podobnie jak glinkę beloun, nakładam rzadszą pastę na skórę głowy jako maseczkę. Ale sprawdziła się też na wyjazdach, gdy miałam przygotowany jedynie słoiczek namoczonej glinki do mycia włosów zamiast szamponu. Zachowywała się jak mało pieniący się szampon o dziwnej konsystencji, ale pięknie domyła przetłuszczone włosy.

Obecnie uważam, że nie potrzeba mi tyle rodzajów glinki ghassoul, gdyż lepiej będzie mieć ją w czystej postaci o uniwersalnym działaniu. Taką będę mogła używać zarówno do peelingu ciała, mycia włosów, jak i maseczki na twarz. Wydaje mi się to genialnym rozwiązaniem na wyjazdy: zabieram tylko glinkę zamiast myjadeł/szamponów i maseczek.  

Ocena: 5/5 (to moja ulubiona glinka, która mogłaby mi zastąpić wszystkie inne).
  
Z uwagi na duszę eksperymentatora chciałabym jeszcze wypróbować glinkę multani mitti (wybielającą), błękitną krymską i czarną.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Moja kolekcja glinek, cz. 2 (glinka zielona)

Dziś napiszę o kolejnej glince z moich zasobów, która jest najpowszechniejsza:

Glinka zielona Montmorillonite

Najpierw trochę podziałów: glinki występują w różnych kolorach, jak zielona, żółta, biała w zależności od składu i przeważających w nim związków mineralnych. W zależności od koloru są one przeznaczone dla leczenia różnych dolegliwości. Barwa glinki zielonej związana jest z obecnością jonów żelaza dwuwartościowego i miedzi. Pochodzi ze skał krzemionkowo-aluminiowych, ma w składzie ok. 20 mikroelementów i pierwiastków śladowych.

Glinka zielona ma największą siłę absorbowania sebum i innych zanieczyszczeń, dzięki czemu odblokowuje pory skóry oraz zapobiega rozwojowi trądziku. Również delikatnie ściąga i zwęża rozszerzone pory i ma działanie dezynfekujące. Działa przeciwzapalnie, przyspiesza gojenie, zmniejsza podrażnienia, wyrównuje pH- również dzięki temu wspomaga leczenie trądziku.

Dodatkowo działa odżywczo i regenerująco, dostarczając skórze całe bogactwo pierwiastków, wpływa na przebieg podstawowych procesów. Ożywia zmęczoną cerę, zmniejsza zmarszczki. Krzem, którego jest dużo w zielonej glince, bierze udział w budowie błon komórkowych. Koi drobne skaleczenia, lekkie oparzenia i ugryzienia komarów.

Teraz chciałabym napisać o drugiej części nazwy, która mnie ogromnie zaciekawiła, ale i sprawiła najwięcej kłopotów, gdyż jest dużo sprzecznych informacji na ten temat.

Glinka montmorillonite jest jedną z odmian glinek (obok illite oraz kaolinite) w zależności od miejsca pochodzenia i pewnych właściwości. Glinka zielona występuje w rodzajach: montmorillonite i illite.
Montmorillonite, pochodząc głównie z południa Francji, nazwę zawdzięcza jednemu z tamtych regionów, gdzie została odkryta. Illite, nazwana tak od stanu Illinois w USA, gdzie została po raz pierwszy wydobyta w 1937 roku, dziś charakterystyczna jest dla północy Francji i basenu Oceanu Atlantyckiego.

Glinka montmorillonite ma mniejszą zdolność absorpcji wody niż illite, dzięki czemu mniej wysusza skórę. Za to ma wielokrotnie większą zdolność remineralizacji skóry (70%, a nie 12%), co jest  ważne przy skórze z rankami, niedoskonałościami. Zawdzięcza to wysokiej zdolności do wymiany kationów. Montmorillonite zawiera również więcej niż illite drogocennych pierwiastków, takich jak magnez, krzem, tlenki minerałów, potas, dolomit, mangan, fosfor, miedź, selen.

Stosowanie:
-maseczka do twarzy, czyli tradycyjnie. Zamiast wody można do sporządzenia maseczki użyć herbaty ziołowej na przykład z krwawnika, skrzypu, dziurawca lub rumianku. Można przyrządzić ją z dodatkiem miodu, soku z cytryny lub octu jabłkowego. Dla bardziej wrażliwych można dodać kilka kropli odpowiedniego oleju.
-kąpiele mineralne stosuje się w ten sposób, że wsypuje się pół szklanki glinki do wanny z wodą do kąpieli. Po takiej kąpieli zaleca się nie wycierać się ręcznikiem, tylko owinąć się w ręcznik, jak skóra jest jeszcze wilgotna i wypocić się w łóżku.


Ja mam ostatnio glinkę zieloną w paście marki Cattier, ale wcześniej miałam już wiele innych marek i rodzajów. Używam tylko jako maseczki na twarz, szyję. Sprawdza się bardzo dobrze, ale jako jedyna mnie podrażniała, gdy np. nie dodałam oleju lub za rzadko spryskiwałam twarz wodą po nałożeniu. Faktycznie działa bardziej skutecznie w eliminowaniu sebum, końcówek zaskórników niż glinka czerwona beloun.

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, to bardzo lubię formę gotowej pasty, gdyż mogę nałożyć odrobinę na pojedynczy wyprysk w celu podsuszenia bez kombinowania, ile rozpuścić, żeby nie wyszło za dużo.

Ocena: 4/5

Jutro będzie o mojej ulubionej glince, zgadnijcie jakiej?

niedziela, 2 grudnia 2012

Moja kolekcja glinek, cz. 1 (glinka beloun)

Lubicie glinki? Bo ja bardzo- były moim pierwszym naturalnym kosmetykiem oraz wielką pomocą w walce z zanieczyszczoną, przetłuszczającą się cerą. Nadal bardzo lubię używać glinek i mam ich kilka rodzajów. Opiszę je po kolei, zaczynając dzisiaj od:

Syryjska glinka czerwona Beloun
Glinka beloun to odmiana czerwonej glinki, która pochodzi z terenów Bliskiego Wschodu. Jako pierwsi jej dobroczynny wpływ na skórę i włosy dostrzegli Nomadowie, czyli lud prowadzący koczowniczy tryb życia, którzy stosowali glinkę beloun w codziennej pielęgnacji. Pasterze za pomocą glinki oczyszczali całe swoje ciało z potu, zanieczyszczeń, bakterii i nierzadko pasożytów. Stosowali ją również do mycia włosów i pielęgnacji wrażliwej skóry głowy, która była mocno podrażniona ze względu na rażące słońce, suche powietrze, kurz i pot. 
Obecnie wydobywana głównie na terenach Syrii glinka beloun jest bogata w sole mineralne i mikroelementy. Zawiera: krzem, żelazo, mangan, potas, magnez, wapń, tytan, itd.

Zastosowana na włosy wzmacnia cebulki włosowe i przeciwdziała wypadaniu włosów (dzięki zawartości krzemu). Przeciwdziała też podrażnieniom skóry i swędzeniom oraz zwalcza łupież. Eliminuje nadmiar sebum. Nadaje włosom połysk, przywraca witalność i łatwość układania. 

Zastosowana na twarz i ciało przede wszystkim oczyszcza skórę z toksyn, zanieczyszczeń, zaskórników. Dzięki zawartym mikroelementom odżywia skórę i poprawia jej kondycję. Ma zastosowanie w leczeniu trądziku różowatego i pękających naczynek. 

W Syrii okłady z glinki beloun nakłada się na poparzoną skórę, gdyż ta glinka jest delikatniejsza od innych (po zastosowaniu innych glinek skóra może być zaczerwieniona). W przypadku glinki beloun zaczerwienienie nie występuje, a jest to spowodowane mniejszą ilością związków potasu i sodu, a bardzo dużą zawartością krzemu. Dlatego glinka beloun nadaje się do cery wrażliwej i skłonnej do podrażnień.

Stosowanie:
-tradycyjnie jako maseczkę na twarz- rozmieszać z wodą lub hydrolatem i nałożyć na twarz, pilnować by nie zaschło. Można dodać parę kropli oleju.

-jako dodatek do kąpieli- dodać kilka łyżeczek do wody.

-przede wszystkim w pielęgnacji skóry głowy i włosów:
  • można dodać odrobinę do szamponu przed myciem,
  • 2 łyżeczki glinki na 4 łyżeczki wody (lub naparu z ziół) wymieszać do uzyskania pasty i nałożyć na skórę głowy, pozostawić na kilkanaście minut, następnie zmyć. Włosy mogą być po tym szorstkie i suche, więc dobrze jest użyć następnie odżywki.

Ja zakupiłam trzy rodzaje glinki beloun:
1. zwykłą glinkę 
2,3. dwie glinki z dodatkiem oliwy z oliwek, oleju laurowego, suszonych roślin i olejku z róży damasceńskiej. Trzecia zawiera również dodatek błota z Morza Martwego. 

Tej pierwszej używam jako maseczki na twarz, a dwóch pozostałych jako pasty do włosów i skóry głowy.

Glinka beloun stosowana na twarz mnie nie zachwyciła, tzn.działa jak każda inna glinka. Może i mniej podrażnia, ale tego nie wiem, bo odkąd nie pozwalam glinkom zaschnąć, to mnie żadna nie podrażnia. Nie wiem też, jak działa na skórę z trądzikiem różowatym, bo na takowy nie cierpię. Ogólnie uważam, że można ją kupić przy okazji, żeby sprawdzić, ale żeby robić zakupy tylko dla niej, to nieszczególnie.

Glinka beloun z dodatkami używana do włosów mnie za to zachwyciła. Jestem przekonana, że to dzięki niej oraz przejściu na łagodne szampony radzę sobie z łupieżem i swędzeniem skóry głowy. Chociaż nie wpłynęła za bardzo na przetłuszczanie skóry głowy (i tak muszę myć włosy co półtora dnia), to włosy są dzięki niej grubsze, bardziej puszyste i wydaje się, że jest ich więcej.

Jeżeli chodzi o aspekty techniczne, to taka glinka w kostce wymaga nawet godzinnego namaczania, do tego ma ona jakby drobinki piasku (nie jest aksamitnie gładka).

Ogólna ocena: 3 w kwestii twarzy i 5 w kwestii włosów, więc ogólnie 4/5.

czwartek, 29 listopada 2012

Moje zakupy- pierwsze od chyba miesiąca :)

Dziś wybrałam się do Rossmanna w celach wiadomych. Wcześniej miałam zakaz całkowity (nałożony przez siebie po promocji na marki własne), ale dzisiaj wreszcie mogłam kupić jedną rzecz "absolutnie konieczną" i drugie coś, na temat czego jest mało recenzji w internecie i sama musiałam wypróbować. Oczywiście ekologiczne.


Tak, tak po miesiącu kupiłam tylko dwie rzeczy. Nie wiem, czy mi się wydaje, ale jak na blogowanie o kosmetykach to moje aktualne zbiory są bardzo wątłe. Co nie znaczy, że wcześniej nie próbowałam wielu mazideł ;)

Kosmetyk absolutnie konieczny to krem do rąk Granat i Aloes, Alterra. Cena 7,99zł. Jakoś umknął mi podczas promocji i pora nadrobić zaległości, bo zima idzie i pora wrócić do codziennego kremowania dłoni. Pachnie standardowo nienachalnie i szybko się wchłania, więc to coś w sam raz do noszenia ze sobą. I oczywiście bardzo przyjazny skład, jak innych kosmetyków tej linii.


Drugie mazidło to pomadka ochronna anty-age deluxe, Nonicare. Cena 7,99zł. Markę widziałam tylko w Rossmannach. Kupiłam jako odmianę po pomadce Alterry, gdyż ta ma słodki zapach i smak, a do tego ponoć koloryzuje usta (coś jak ekologiczna wersja Nivei truskawkowej). O właściwościach pielęgnacyjnych nie mogę się w tej chwili wypowiedzieć.

Skład ma taki:
Helianthus Annuus Seed Oil, Cera Alba, Cocos Nucifera Oil, Candelilla Cera, Olea Europaea Oil, Butyrospermum Parkii Butter Extract, Hydrogenated Coco-Glycerides, Lanolin, Theobroma Cacao Seed Butter, Tocopheryl Acetate, Ricinus Communis Seed Oil, Glyceryl Oleate, Morinda Citrifolia Fruit Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnam, Calcium Aluminium Borosilicate, Silica, Tin Oxide,CI
 
czyli olej słonecznikowy, wosk pszczeli, olej kokosowy, wosk candelilla, oliwa z oliwek, masło shea, lanolina, masło kakaowe, olej rycynowy, ekstrakt z owoców noni, ekstrakt z aloesu, barwniki i zapach. Pomadka zawiera lanolinę, więc nie jest dla wegetarian.
 
A to efekt:

przed
po

sobota, 24 listopada 2012

Torturami w zaskórniki

Teraz pokażę Wam moje ulubione narzędzie tortur. Myślę, że widok będzie w sam raz przed snem ;)


Do czego służy? Do usuwania zaskórników. Skutecznie. To tak zwana łyżeczka Unny używana czasem przez kosmetyczki do oczyszczania cery.

Z jednej strony ma ostry szpikulec do nakłuwania większych zmian (tej części nie używam, bo równie dobrze sprawuje się w tym celu igła, a poza tym od miesiąca nie miałam już takich zapalnych zmian).
Z drugiej ma metalową pętelkę, którą należy przesuwać po skórze, jednocześnie dociskając. Służy do usuwania zaskórników. U mnie idealnie sprawdziła się na nosie i jego skrzydełkach (bardzo ciężko tam dotrzeć innymi sposobami). Za każdym razem po użyciu sama się dziwię, ile świństwa siedzi w skórze. Chcecie zobaczyć, jak nos wygląda przed i po oraz powstały urobek? Uprzedzam, że widok może powodować koszmary :-o Dajcie znać!

Dla tych, które jeszcze nie miały styczności, muszę uprzedzić, że taki zabieg jest dosyć bolesny oraz pozostawia lekko opuchniętą skórę po użyciu (także do stosowania raczej na nos). Aha, i koniecznie trzeba po użyciu zwęzić pory. Ja w tym celu nakładam glinkę.

Ile kosztuje takie coś? Ja zapłaciłam 3,12 zł. Za 2 sztuki. Z przesyłką poleconą w cenie. Kupiłam na ebay'u.
Zamówiłam już sobie szczoteczkę do oczyszczania twarzy. Również za ok. 3 zł.

PS. do zakupów na ebay nie potrzeba karty kredytowej, wystarczy zwykła płatnicza. Jak ktoś nie ma takiej karty to można również zrobić zwykły przelew na własne konto PayPal, z którego potem zostanie pobrana odpowiednia kwota za zakupiony przedmiot.

piątek, 23 listopada 2012

Znowu się chwalę :)

To było wczoraj, jak żaliłam się na olejek z drzewa herbacianego z The Body Shop i planowałam zakupić czysty w aptece. Powoli przymierzałam się do zakupów, gdy podczas porządków w szafce z lekami znalazłam to cudo:

Tak, tak olejek eteryczny z drzewa herbacianego firmy Primavera.

Najciekawsze jest to, że na prawdę nie mam pojęcia, skąd się tam wziął, kto i kiedy go zakupił. Ale znalazłam go w najodpowiedniejszym do tego momencie :). Od razu weszłam do internetu poczytać co nieco i co się okazało? Ze jest to jedna z najlepszych firm robiących olejki eteryczne, a takie coś kosztuje, bagatela, ok. 70zł! W życiu nie wydałabym tyle na olejek, ale znaleźć go to jak Boże Narodzenie w listopadzie ;)

PS. mam nadzieję, że takie rzeczy się nie przeterminowują i nadaje się on jeszcze do użycia... bo planuję dolać go do swoich kosmetyków, czyli:
-olejku myjącego z BU
-toniku z kwasami BU
-kremu na dzień
-glinek, peelingów, maseczki ziołowej
-szamponu
-kremu do stóp
-i co mi tam jeszcze przyjdzie do głowy :)
Mam nadzieję, że w ten sposób najefektywniej wykorzystam jego przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze właściwości .

piątek, 9 listopada 2012

nowy zakup- Hesh, ajurwedyjska maseczka w pudrze Ubtan

Witajcie!

Dzisiaj znowu nie mogłam się oprzeć, by nie kupić niedawno znalezionego cudeńka. Długo się zastanawiałam co wybrać, bo tyle produktów marki Hesh wydaje się być ciekawych, jednak dla laików w kwestii działania ziół wszystkie one są podobne. Dlatego postawiłam na kompleksowe działanie mieszanek. W ten sposób zastanawiałam się nad:
-maseczką Skin Life
-maseczką Ubtan
W końcu kupiłam tę drugą (naturalną ajurwedyjską maseczkę do twarzy Ubtan marki Hesh) z uwagi na dwa razy większą objętość przy tej samej cenie.


Urzekła mnie jej forma (sproszkowane zioła) i w pełni naturalny skład:
 Nagarmotha (Cyperus Rotundus), Rose Petal Powder (Rose Alba), Sandalwood Powder (Santalum Album), Kachura (Curcuma Zedoria), Bawchi (Psorolea Corylifolia), Anantmul (Hemidesmus Indicus), Amba Haldi (Curcuma Amada), Wala (Andropogan Muircatus), Manjishta (Rubia Cordifolia), Orange Peel Powder (Citrus Aurantium), Multani Mati (Fuller's Earth)

Zawiera odżywczy puder z płatków róży, przeciwbliznowy proszek sandałowy, rozjaśniający wyciąg z cytrusów i całą gamę innych ziół, które nic mi nie mówią, ale zapewne są źródłem antyutleniaczy. A taki skład wydaje się być skierowany na wiele problemów skórnych. A i zawiera także wybielającą glinkę multani mitti.



Za 100g zapłaciłam niecałe 12 zł, a biorąc pod uwagę, że na jedno użycie powinno wystarczyć jej dwie łyżeczki, to wydaje się bardzo wydajna.

Dzisiaj już były pierwsze testy (to ważne przy produktach ziołowych) i nie widać u mnie objawów alergii także czas na dalsze testy i recenzję.

czwartek, 8 listopada 2012

Olejek myjący- drzewko herbaciane z BU. Recenzja

Dziś chciałabym bliżej przedstawić moje spostrzeżenia z użytkowania olejku myjącego z Biochemii Urody. Chyba wszyscy znają już tę stronę- zamawia się zestaw odmierzonych półproduktów do przygotowania własnego kosmetyku. Dzięki czemu otrzymujemy niezwietrzały produkt o krótkim i znanym składzie. Wygląda to więc na wybawienie dla skóry z problemami.

Opis ze strony producenta:
Bazą olejku jest zimnotłoczony olej słonecznikowy, wybrany ze względu na gojące i nawilżające właściwości, dodatkowo olejek dostarcza skórze witaminę E i ekstrakt z rozmarynu - antyoksydanty.
Ponieważ formuła olejku nie zawiera wody, dlatego jest on trwały i nie wymaga dodatku substancji konserwujących. Olejek zawiera dodatek naturalnego olejku eterycznego z drzewka herbacianego o właściwościach antyseptycznych i gojących.
Olejek drzewka herbacianego wykazuje działanie antyseptyczne, antybakteryjne, antywirusowe, przeciwgrzybicze oraz działa łagodząco i przeciwzapalnie. Polecany jest w przypadku cery tłustej, trądzikowej oraz przy skłonnościach do wyprysków, podrażnień i stanów zapalnych skóry.

» W przeciwieństwie do tradycyjnych środków myjących, zawierających często silne detergenty (substancje myjące), olejek działa łagodnie i nie wysusza skóry, jednocześnie bardzo skutecznie zmywa wszelkie zanieczyszczenia skóry - tłuszcz, makijaż oraz nawet grube warstwy wodoodpornych produktów z filtrami UV.
» Olejkiem można zmywać okolice oczu, jest on łagodny i nie powoduje szczypania, a dodatkowo zmywa makijaż, także wodoodporny tusz do rzęs.
» Wbrew pozorom olejek nie pozostawia wrażenia tłustości na skórze ani nie działa w żaden sposób komedogennie (nie zatyka porów), natomiast zmywa się kompletnie po spłukaniu wodą.
» Olejek daje dobry poślizg, dzięki czemu w trakcie mycia skóra nie jest naciągana.
» W odróżnieniu od tradycyjnych żeli myjących olejek nie pieni się, co jest również oznaką jego łagodności. Po zmieszaniu olejku z wodą tworzy się mleczno-biała emulsja micelarna, która naśladuje pienienie się i wiąże cząsteczki brudu i makijażu. Wszelkie zanieczyszczenia związane przez micele, są następnie spłukiwane wraz z wodą, pozostawiając skórę czystą i nawilżoną, bez poczucia ściągnięcia i wysuszenia.

Sposób przygotowania:
Zestaw zawiera butelkę z olejem, do którego wystarczy dolać umieszczony w fiolce emulgator i zamieszać. Gotowe! Chyba prościej się nie da.

Cena:
Ok. 12 zł czyli tyle co za średniopółkowy żel do mycia twarzy.

Wydajność:
120 ml, czyli trochę mniej niż w żelach, ale zużywam go również w mniejszych ilościach (kilka kropel na mycie).

Skład:
Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glyceryl Cocoate (emulgator), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Mixed Tocopherols (witamina E), Rosmarinus Officinalis Leaf Extract

czyli olej słonecznikowy z delikatnym emulgatorem . Do tego dodatek olejków eterycznych o właściwościach przeciwbakteryjnych i konserwujących: rozmarynowego i z drzewka herbacianego.

Konsystencja i zapach:
Zapach cytrynowy, dosyć intensywny; konsystencja olejku, który po zmieszaniu z woda staje się koloru mlecznego.
 
Działanie:
Olejek nalewam na dosyć mokrą dłoń i mieszam palcem drugiej dłoni do uzyskania mlecznej emulsji, którą nakładam na zmoczoną twarz i masuję. Zabieg całkiem przyjemny i relaksujący. Po zmyciu skóra jest nieściągnięta. Dobrze zmywa pozostałości kremów nakładanych na noc. Jednak po całym dniu, kiedy różne kurze zdążyły się przykleić do przetłuszczonych partii twarzy, daje mi wrażenie niedostatecznego oczyszczenia i wtedy muszę stosować typowy żel o mocniejszym kalibrze. Wydaje mi się także, że mógłby sobie nie poradzić z usuwaniem resztek silikonów zawartych w bazach pod makijaż, podkładach czy kremach BB.

Czy kupię ponownie:
Raczej nie. Prz cerach problemowych powinno się je oczyszczać dwa razy dziennie, przy czym poranne oczyszczanie może być delikatniejsze niż wieczorne (np. bez użycia wody). Nie powinniśmy sobie jednak pozwalać by ograniczało się ono tylko do użycia toniku. Do tego celu mamy jednak cały arsenał środków: obok olejków myjących także płyny micelarne do przecierania twarzy czy żele micelarne do wrażliwej skóry. Po skończeniu tego opakowania spróbuję coś z tej kategorii.

Ocena:
3/5

Produktu używam od ok. 3 miesięcy. Zostało mi jeszcze 1/3 opakowania.

środa, 7 listopada 2012

Codzienne oczyszczanie twarzy

Zacznę od tematu jakże banalnego- mycie twarzy.

Wieczorem zaczynam od demakijażu:
Używam do tego płynu micelarnego Bourjois Maxi Format z uwagi na niską cenę i łatwą dostępność. Większe problemy mam przy demakijażu oczu, gdyż noszę soczewki do noszenia w trybie ciągłym. Mam w tym celu apteczny płyn micelarny Blephasol- niekonserwowany, ale bardzo delikatny, używany także do mycia brzegów powiek.
Jako że nie mogę się odzwyczaić od mycia wodą to na co dzień stosuję Olejek myjący z olejkiem z drzewa herbacianego z Biochemii Urody. Jednak z powodu uczucia niedostatecznego domycia twarzy (recenzja tu) kilka razy w tygodniu wspomagam się prawdziwym killerem: Garnier, Czysta Skóra, Żel myjący+ peeling+ maseczka 3w1.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...