Witajcie!
Przepraszam za moją nieobecność na swoim blogu (i na Waszych blogach), która niestety może jeszcze kilka dni potrwać. Niestety związane jest to z faktem, iż podczas rutynowej wymiany gazomierza panowie gazownicy odcięli mi gaz. Czwarty dzień (!) nie mogę nic ugotować (pozostaje mikrofala) ani się porządnie umyć (tylko metoda miseczkowa...ehhh, tak psioczyłam że mam tylko prysznic, a wannę bym chciała, to teraz doceniłam luksus prysznica ;). I nie zanosi się na razie nic na to, by wszystko wróciło do normy. To znaczy zanosi się- gdy wygrzebię skądś 500zł i zapłacę za zupełnie niepotrzebny mi papierek, na który się gazownia uparła. Tylko, że ja tyle nie mam. A nawet jakbym miała, to pewnie wolałabym je wydać na coś innego niż na naprawienie czegoś, co jest w gestii gazowni i spółdzielni, a nie mojej. Także na razie się nie zanosi na zmianę jednak. Za to przez weekend zrobiłam "studia internetowe" z prawa budowlanego, gazowego, spółdzielczego itd ;). I od rana dzwonię i dzwonię po urzędnikach, także kurs asertywności także mam w cenie... Jak się skończy w sądzie, to i kurs prawa pewnie będę musiała przerobić :/. Choć pewnie z urzędnikami nikt jeszcze nie wygrał....
Sprawa jest na tyle absurdalna i patowa, że zaczęłam się zastanawiać, czy by moja historia nie zaciekawiła np. Gazety Krakowskiej albo jakiegoś programu interwencyjnego, wtedy miałabym wreszcie swoje 5 minut popularności ;). I na pewno takimi wieściami się na blogu pochwalę :-P. A tak na poważnie, to proszę Was o kciuki i ciepłe myśli...
Pozdrawiam!
PS. Jak myślicie, da się zmyć olej z włosów, gdy ma się do dyspozycji tylko dwie miseczki z wodą? Czy lepiej zaopatrzyć się w co najmniej dwie dodatkowe? :)
poniedziałek, 18 marca 2013
środa, 13 marca 2013
Dodatki do wymianki
Witajcie,
zmotywowałam się wreszcie i uzupełniłam moją zakładkę z kosmetykami do wymiany o zdjęcia oraz o nowe smarowidła :). Oczywiście Was zapraszam: KLIK
zmotywowałam się wreszcie i uzupełniłam moją zakładkę z kosmetykami do wymiany o zdjęcia oraz o nowe smarowidła :). Oczywiście Was zapraszam: KLIK
wtorek, 12 marca 2013
Maceraty z domowych składników
Czasami nachodzi mnie taka potrzeba, żeby coś ukręcić tu i teraz, bez konieczności kupowania dodatkowych składników. Tak było i tym razem. Zdecydowałam się na przygotowanie kilku mikstur z tego, co miałam w kuchni. A mianowicie chodzi o maceraty. Co to takiego, to chyba każdy już wie (jakby co zajrzyjcie np. do Hinaty), więc nie będę opisywać szczegółowo całej technologii produkcji. Maceraty z domowych składników, które właśnie przygotowałam:
1. macerat marchwiowy (starty korzeń marchwi ekologicznej w oleju słonecznikowym)
Ma właściwości wygładzające, zmiękczające, brązujące, chroniące przed promieniami UV a także silnie przeciwstarzeniowe z uwagi na zawartość beta-karotenu. Czysty macerat może barwić skórę całkiem konkretnie, dlatego mam zamiar go stosować w serach i kremach. Będzie w sam raz na lato jako dodatkowa ochrona przeciwsłoneczna.
2. macerat z czosnku (starty czosnek zalany olejem słonecznikowym)
Wzmacnia włosy i hamuje wypadanie, przyspiesza ich porost, działa przeciwbakteryjnie i przeciwłupieżowo. Normalizuje wydzielanie sebum. Swoje właściwości zawdzięcza siarce. Mam zamiar stosować w mieszance na włosy (o której za chwilę), oraz solo na twarz na noc. Zapachu się nie boję, bo nie będę go używa codziennie, tylko wtedy, gdy będę siedzieć w domu z olejem na pyszczku lub na włosach ;).
3. macerat z zielonej herbaty (zmielona drobno zielona herbata w oleju sezamowym)
Ma działanie nawilżające, przeciwzapalne, bakteriobójcze, napinające. Działa przeciwstarzeniowo. Poprawia mikrokrążenie i wzmacnia naczynia krwionośne, przez co likwiduje obrzęki i cienie. Mam zamiar stosować solo jako nocną maseczkę pod oczy- stąd też zmiana oleju bazowego na konkretniejszy.
4. macerat z kawy (kawa mielona zalana olejem)
O tym znalazłam najmniej informacji, ale można założyć, że z uwagi na zawartość kofeiny ma działanie pobudzające cebulki włosowe i przyspieszające porost włosów. Do tego działa na nie lekko przyciemniająco. Mam zamiar stosować na skórę głowy. Kawa w tym przypadku będzie tylko jednym ze składników:
-czosnek, kawę, rozmaryn i chili zalałam olejkiem łopianowym ze skrzypem Green Pharmacy. Mieszanka ma działać uderzeniowo na szybkość wzrostu włosów, ale także chronić przed łupieżem i normalizować wydzielanie sebum.
Podsumowując- mają mi wyjść dwa oleje na twarz (dzienny marchwiowy i nocny czosnkowy), jeden olej pod oczy oraz mieszanka na skórę głowy. Myślę, że na pierwszy raz to całkiem rozsądny plan, a do tego nic mnie nie kosztował :). A Wy, robicie maceraty? Znacie jeszcze jakieś przepisy na maceraty z domowych składników?
poniedziałek, 11 marca 2013
Plan pielęgnacji mojej problemowej twarzy, vol. 2
Witajcie!
Po raz pierwszy (i ostatni zarazem) opisywałam Wam moją pielęgnację twarzy w listopadzie (tu)- dla przypomnienia zmagam się od lat z trądzikiem. Od tego czasu niewiele się w niej zmieniło, aż do teraz (a to głównie z uwagi na kończące się poszczególne kosmetyki). Ogólnie jestem zadowolona z obranego przez siebie kierunku. Pielęgnacja nie zajmuje mi wiele czasu, a i nie drenuje jakoś specjalnie kieszeni. Od 3 miesięcy nie doświadczyłam takiego prawdziwego pryszcza. Stopniowo zmniejsza się również ilość zaskórników i przebarwień. Niestety skóra cały czas się dosyć mocno tłuści w strefie T, ale to już chyba taka moja uroda :/.
Tak wyglądała moja pielęgnacja ostatnio:
1. oczyszczanie
Pielęgnacja moja mniej więcej tak wyglądała przez ostatnie cztery miesiące. Tak za to będzie wyglądać od teraz:
Co nowego?
Czyli do oczyszczania zaczynam używać żelu oczyszczającego Nonique od Hexxany, do tego z uwagi na brak krostek chciałabym wprowadzić peelingi mechaniczne (kawa mielona w żelu myjącym). Ukręciłam też swój pierwszy krem na bazie maceratu marchwiowego (pora nabrać trochę kolorów na lato;), o czym też niedługo napiszę. I nadal eksperymentuję z olejowaniem twarzy- tym razem spróbuję z mieszanką oleju z orzechów laskowych, arganowego i rokitnikowego od Verimy.
Używałyście któregoś z tych produktów? Włosomaniactwo włosomaniactwem, a jak rozbudowana jest Wasza pielęgnacja twarzy?
Po raz pierwszy (i ostatni zarazem) opisywałam Wam moją pielęgnację twarzy w listopadzie (tu)- dla przypomnienia zmagam się od lat z trądzikiem. Od tego czasu niewiele się w niej zmieniło, aż do teraz (a to głównie z uwagi na kończące się poszczególne kosmetyki). Ogólnie jestem zadowolona z obranego przez siebie kierunku. Pielęgnacja nie zajmuje mi wiele czasu, a i nie drenuje jakoś specjalnie kieszeni. Od 3 miesięcy nie doświadczyłam takiego prawdziwego pryszcza. Stopniowo zmniejsza się również ilość zaskórników i przebarwień. Niestety skóra cały czas się dosyć mocno tłuści w strefie T, ale to już chyba taka moja uroda :/.
Tak wyglądała moja pielęgnacja ostatnio:
1. oczyszczanie
-żel
do mycia/peeling/maseczka Garnier 3w1- używany jako żel
oczyszczający, ale zostawiany później na około minutę na twarzy.
Doskonale oczyszczał (znikały czarne główki zaskórników z nosa), nie
podrażniał (sls dalej w składzie), ale z uwagi na wysuszające
właściwości glinki nie wyobrażam sobie używania go codziennie. Nie
używałam go również jako peelingu mechanicznego z obawy, że
rozprzestrzenię zarazki po twarzy. Skończył się. Nie wiem, czy kiedyś
kupię ponownie. Ocena: 4-/5
-olejek
do mycia herbaciany z BU (recenzja tu). Na szczęście wreszcie się skończył, bo nie polubiłam się z nim. Nigdy więcej. Ocena: 3-/5
-mydło Aleppo 50%,
moja wersja jest bardzo twarda i chyba nigdy mi się nie skończy. Gdy
myję nim skórę 2 razy dziennie to zaczyna ją wysuszać, ale stosowany
rzadziej krzywdy już nie wyrządza. Do tego wydaje mi się, że ma
właściwości delikatnie zaleczające drobne wypryski. Będę używać dalej,
ale na zmianę z czymś delikatniejszym. Recenzji nie będzie, bo pełno ich
w blogosferze :). Ocena: 5-/5
2. tonizowanie
-tonik 10% AHA/BHA z BU-
wcześniej stosowałam codziennie w ramach przygotowania skóry do serii
zimowych peelingów kwasowych. Obecnie, gdy nie potrzebuję już tak dużego
codziennego złuszczania, to rozcieńczyłam go dwukrotnie wodą różaną i
dalej używam codziennie. Tonizuje skórę, delikatnie nawilża. Zostawia
lekko klejącą warstewkę, która znika po około minucie. Kończy mi się
powoli, a wtedy już nie kupię go, tylko zrobię swój własny (bez dodatku
glikoli), bo cena wersji gotowej jest mało opłacalna. Ocena: 4/5
3. pielęgnacja na noc- leczenie
-zamiennie Isotrex (retinoid) ze Skinorenem (kwas azelainowy)- więcej o tej kombinacji pisałam tu.
Nadal sprawdza się bardzo dobrze, obecnie już praktycznie nie przesusza
skóry, która staje się coraz bardziej napięta i nawilżona od wewnątrz.
To głównie te maści przyczyniły się do redukcji trądziku i przebarwień.
To już któreś z kolei tubki (mają ważność tylko 2 miesiące po otwarciu,
więc trzeba często kupować nowe, nawet jak się nie zużyło poprzednich).
Lojalnie uprzedzam, że taka kombinacja to wersja hardkorowa raczej dla
tych, co już niejednym skórę złuszczali, a i tak ciąży nad nimi widmo
retinoidów wewnętrznych.
4. pielęgnacja na dzień- nawilżanie
-krem
sensitiv Alterra- pisałam o nim tu.
Zdania generalnie nie zmieniłam, gdyż delikatnie natłuszcza i działa
ochronnie, ale zaczęło mi brakować w jego składzie jakiś dodatkowych
składników, które wpłynęłyby np. na wydzielanie sebum czy działały
przeciwrodnikowo. Skończył się. Raczej więcej nie kupię, gdyż cały czas
szukam kremu idealnego. Ocena: 4-/5
-żel ślimakowy z Mizona- (recenzja tu)
kocham go i uwielbiam, niestety skończył mi się już wcześniej i nie
znalazł się na zdjęciu. Szykuję się do zakupu kolejnej tubki. W moim
przypadku używany był jako serum pod krem nawilżający. Ocena: 5-/5
-krem z filtrem SVR Lysalpha 50
dla tłustej cery- co tu dużo mówić, działać działa (nie nabawiłam się
nowych przebarwień pomimo intensywnego złuszczania), ale zostawia tłustą
warstwę. Na szczęście nie zapycha. Na nowy sezon będę chciała
wypróbować matujący krem z filtrem z Vichy. Ocena: 4-/5
5. maski i peelingi
-peeling enzymatyczny z BU-
zużywam już drugie opakowanie. Mnie nie podrażnia, a ładnie usuwa suche
skórki. Niestety mało wydajny jak na jego cenę. Ocena: 4+/5
-maseczka Ubtan Hesh (przesypana do białego okrągłego opakowania)- pisałam o niej tutaj. Wydajna jak diabli. Ocena: 5-/5
6. preparaty specjalne
-serum lemon eko z BU- pisałam o nim tu. Jako że się nie polubiliśmy, to zużywałam je jako dodatek do maseczek glinkowych. Nie kupię więcej. Ocena: 2/5
-Nixoderm- preparat punktowy na wypryski z Malezji do kupienia na eBay. Niedługo napiszę o nim trochę więcej :)))).
Co nowego?
Czyli do oczyszczania zaczynam używać żelu oczyszczającego Nonique od Hexxany, do tego z uwagi na brak krostek chciałabym wprowadzić peelingi mechaniczne (kawa mielona w żelu myjącym). Ukręciłam też swój pierwszy krem na bazie maceratu marchwiowego (pora nabrać trochę kolorów na lato;), o czym też niedługo napiszę. I nadal eksperymentuję z olejowaniem twarzy- tym razem spróbuję z mieszanką oleju z orzechów laskowych, arganowego i rokitnikowego od Verimy.
Używałyście któregoś z tych produktów? Włosomaniactwo włosomaniactwem, a jak rozbudowana jest Wasza pielęgnacja twarzy?
środa, 6 marca 2013
Masło do ciała z Bioturm- recenzja
Witajcie!
Dzisiaj pora na recenzję kolejnego mało znanego produktu, który pojawia się w coraz większej ilości sklepów internetowych z naturalnymi kosmetykami.
Założenia marki:
Do produkcji kosmetyków Bioturm sięga - w miarę możliwości- po składniki roślinne z upraw ekologicznych. Promuje i wspomaga uprawy ekologiczne, rezygnuje ze składników modyfikowanych genetycznie. Firmowym mottem jest współistnienie oparte na wartościach chrześcijańskich, rezygnacja ze wszelkiego rodzaju testów przeprowadzanych na zwierzętach jest jedną z wynikających z tego konsekwencji. Kosmetyki nie zawierają konserwantów, barwników, oleju parafinowego ani emulgatorów. Dlatego też podstawą większości produktów jest kompleks aktywny organicznej serwatki, fermentowanej w ściśle kontrolowanych warunkach i zawierającej liczne składniki, znajdujące się w naturalnym środowisku zdrowej skóry.
Opis producenta:
Masło do ciała z olejem z drzewa Moringa. Do codziennej pielęgnacji skóry suchej. Delikatnie rozpływające się o śmietankowej konsystencji i kuszącym, delikatnie słodkim zapachu drzewa Moringa. Nadaje skórze wyjątkową miękkość i elastyczność, pozostawia gładką i miłą w dotyku. Specjalnie opracowana receptura zawiera olej z drzewa moringa, odżywcze masło shea i oleje roślinne. Posiada certyfikat BDIH.
Skład:
aqua, coco-caprylate, glycerin, cetearyl alcohol, butyrospermum parkii butter, myristyl myristate, betain, cetyl palmitate, moringa olifera seed oil, helianthus annuus hybrid oil, simondsia chinensis seed oil, cetearyl glucoside, parfum, helianthus annuus seed oil, glyceryl caprylate, sodium stearoyl glutamate, tocopherol, xanthan gum, lactic acid, geraniol, limonene, linalool
czyli masło shea na 4 miejscu, potem łagodząca betaina i trochę innych olejów w drugiej linijce (moringa, słonecznikowy, jojoba) i z cennych dla skóry składników to by było mniej więcej na tyle. Dla mnie, skład nie zachwyca jakoś szczególnie. Choć oczywiście (jak w naturalnych produktach) brak pochodnych ropy naftowej czy silikonów.
Cena/wydajność/dostępność:
35 zł za 200 ml, czyli całkiem tanio jak na kategorię naturalnych maseł. Bardzo wydajne, gdyż wystarczy naprawdę niewielka ilość na wysmarowanie ręki czy nogi. Przez miesiąc zużyłam mniej więcej połowę opakowania. Dostępne np. w sklepie Minejo.
Opakowanie:
Bardziej szerokie i płaskie niż standardowe dla innych maseł. Wygląda przez to ładnie (według mnie), ale ciężej je utrzymać w tłustych dłoniach. Dosyć minimalistyczne.
Zapach:
Zapach olejku z drzewa Moringa (ponoć). Bardzo specyficzny- nie sposób go porównać ani do zapachu owocowego, ani korzennego, ani kwiatowego, choć do tego ostatniego chyba mu najbliżej. Jednak bardzo przyjemny. Niestety nie utrzymuje się na skórze zbyt długo.
Konsystencja:
Bardzo lekka, bardziej balsamowa niż maślana, najbliżej jej do śmietanki. Może być zbyt lekka na większe mrozy czy jakieś zimowe wyprawy.
Komfort użytkowania:
Jednym słowem: kiepski. Pomimo bardzo delikatnej konsystencji, masło maże się niemiłosiernie i przez to dosyć długo wchłania. Trzeba naprawdę dosyć długo je wmasowywać, bo gdy nie zostanie wystarczająco dobrze wmasowane (czyli aż do zniknięcia białych smug), to tworzy jakby taką klejącą warstewkę, która po jakimś czasie zaczyna swędzieć.
Działanie:
Działanie jest całkiem w porządku. Skóra jest nawilżona, gładka i jędrna (moja skóra jest sucha, ale nie jakoś mocno przesuszona nawet zimą, więc nie wiem jak na takiej by się sprawił- jednak też nie do takiej skóry to masło jest przeznaczone). Używałam go codziennie po wieczornym prysznicu (jak mi się czasem zapomniało, to nie było tragedii), jednak w czasie wypraw w góry wiążących się z dłuższym przebywaniem na mrozie musiałam się rano wspomagać oliwką Babydream. Co dla mnie ważne, to masło nie zapycha mieszków włosowych, nie powoduje nawrotu ich rogowacenia (tu było o tym więcej).
Czy kupię ponownie:
Nie za bardzo. Po pierwsze mam duży zapas maseł do ciała. Po drugie w tej cenie mogę znaleźć lepsze. Choćby recenzowane wcześniej masło z Alby Botanici (w tej samej kategorii cenowej) dawało dużo lepszy komfort użytkowania, wchłaniało się od razu, a miało dużo gęstszą konsystencję, bardziej maślaną. Do tego miało o wiele bogatszy skład. Jednak samej marki nie przekreślam, nadal bardzo mnie ciekawią ich produkty z serwatką czy srebrem koloidalnym zarówno do ciała, jak i do twarzy.
Ocena:
3+/5
PS. Produkt do testów dostałam od sklepu internetowego z kosmetykami naturalnymi Minejo, za co serdecznie dziękuję i jednocześnie zapewniam, iż starałam się, aby ten fakt nie wpłynął na moją recenzję.
Dzisiaj pora na recenzję kolejnego mało znanego produktu, który pojawia się w coraz większej ilości sklepów internetowych z naturalnymi kosmetykami.
Masło do ciała Moringa, Bioturm
Założenia marki:
Do produkcji kosmetyków Bioturm sięga - w miarę możliwości- po składniki roślinne z upraw ekologicznych. Promuje i wspomaga uprawy ekologiczne, rezygnuje ze składników modyfikowanych genetycznie. Firmowym mottem jest współistnienie oparte na wartościach chrześcijańskich, rezygnacja ze wszelkiego rodzaju testów przeprowadzanych na zwierzętach jest jedną z wynikających z tego konsekwencji. Kosmetyki nie zawierają konserwantów, barwników, oleju parafinowego ani emulgatorów. Dlatego też podstawą większości produktów jest kompleks aktywny organicznej serwatki, fermentowanej w ściśle kontrolowanych warunkach i zawierającej liczne składniki, znajdujące się w naturalnym środowisku zdrowej skóry.
Opis producenta:
Masło do ciała z olejem z drzewa Moringa. Do codziennej pielęgnacji skóry suchej. Delikatnie rozpływające się o śmietankowej konsystencji i kuszącym, delikatnie słodkim zapachu drzewa Moringa. Nadaje skórze wyjątkową miękkość i elastyczność, pozostawia gładką i miłą w dotyku. Specjalnie opracowana receptura zawiera olej z drzewa moringa, odżywcze masło shea i oleje roślinne. Posiada certyfikat BDIH.
Skład:
aqua, coco-caprylate, glycerin, cetearyl alcohol, butyrospermum parkii butter, myristyl myristate, betain, cetyl palmitate, moringa olifera seed oil, helianthus annuus hybrid oil, simondsia chinensis seed oil, cetearyl glucoside, parfum, helianthus annuus seed oil, glyceryl caprylate, sodium stearoyl glutamate, tocopherol, xanthan gum, lactic acid, geraniol, limonene, linalool
czyli masło shea na 4 miejscu, potem łagodząca betaina i trochę innych olejów w drugiej linijce (moringa, słonecznikowy, jojoba) i z cennych dla skóry składników to by było mniej więcej na tyle. Dla mnie, skład nie zachwyca jakoś szczególnie. Choć oczywiście (jak w naturalnych produktach) brak pochodnych ropy naftowej czy silikonów.
Cena/wydajność/dostępność:
35 zł za 200 ml, czyli całkiem tanio jak na kategorię naturalnych maseł. Bardzo wydajne, gdyż wystarczy naprawdę niewielka ilość na wysmarowanie ręki czy nogi. Przez miesiąc zużyłam mniej więcej połowę opakowania. Dostępne np. w sklepie Minejo.
Opakowanie:
Bardziej szerokie i płaskie niż standardowe dla innych maseł. Wygląda przez to ładnie (według mnie), ale ciężej je utrzymać w tłustych dłoniach. Dosyć minimalistyczne.
Zapach:
Zapach olejku z drzewa Moringa (ponoć). Bardzo specyficzny- nie sposób go porównać ani do zapachu owocowego, ani korzennego, ani kwiatowego, choć do tego ostatniego chyba mu najbliżej. Jednak bardzo przyjemny. Niestety nie utrzymuje się na skórze zbyt długo.
Konsystencja:
Bardzo lekka, bardziej balsamowa niż maślana, najbliżej jej do śmietanki. Może być zbyt lekka na większe mrozy czy jakieś zimowe wyprawy.
Komfort użytkowania:
Jednym słowem: kiepski. Pomimo bardzo delikatnej konsystencji, masło maże się niemiłosiernie i przez to dosyć długo wchłania. Trzeba naprawdę dosyć długo je wmasowywać, bo gdy nie zostanie wystarczająco dobrze wmasowane (czyli aż do zniknięcia białych smug), to tworzy jakby taką klejącą warstewkę, która po jakimś czasie zaczyna swędzieć.
Działanie:
Działanie jest całkiem w porządku. Skóra jest nawilżona, gładka i jędrna (moja skóra jest sucha, ale nie jakoś mocno przesuszona nawet zimą, więc nie wiem jak na takiej by się sprawił- jednak też nie do takiej skóry to masło jest przeznaczone). Używałam go codziennie po wieczornym prysznicu (jak mi się czasem zapomniało, to nie było tragedii), jednak w czasie wypraw w góry wiążących się z dłuższym przebywaniem na mrozie musiałam się rano wspomagać oliwką Babydream. Co dla mnie ważne, to masło nie zapycha mieszków włosowych, nie powoduje nawrotu ich rogowacenia (tu było o tym więcej).
Czy kupię ponownie:
Nie za bardzo. Po pierwsze mam duży zapas maseł do ciała. Po drugie w tej cenie mogę znaleźć lepsze. Choćby recenzowane wcześniej masło z Alby Botanici (w tej samej kategorii cenowej) dawało dużo lepszy komfort użytkowania, wchłaniało się od razu, a miało dużo gęstszą konsystencję, bardziej maślaną. Do tego miało o wiele bogatszy skład. Jednak samej marki nie przekreślam, nadal bardzo mnie ciekawią ich produkty z serwatką czy srebrem koloidalnym zarówno do ciała, jak i do twarzy.
Ocena:
3+/5
PS. Produkt do testów dostałam od sklepu internetowego z kosmetykami naturalnymi Minejo, za co serdecznie dziękuję i jednocześnie zapewniam, iż starałam się, aby ten fakt nie wpłynął na moją recenzję.
wtorek, 5 marca 2013
Co dostałam w ramach HexxBOXa?
Hej!
Dzisiaj przyszła do mnie przesyłka od Hexxany :).
Zostałam przez Nią wybrana do przetestowania zestawu kosmetyków Nonique w ramach akcji HexxBOX. Tak wygląda mój zestaw oraz liścik:
Dostałam krem do twarzy, pomadkę ochronną i żel do mycia twarzy. Wszystkie trzy z serii Extreme Energy z guaraną. Kosmetyki tej marki są ekologiczne, w większości wegańskie i oczywiście nie testowane na zwierzętach. Posiadają certyfikat BDIH.
Znacie tę markę? Spotkałyście się kiedyś z tymi kosmetykami? Bo ja, przyznam, jestem ich bardzo ciekawa, tym bardziej że na razie próżno szukać ich recenzji. Pomadki już zaczęłam używać, żel też niedługo zostanie otwarty, natomiast krem musi postać w trochę dłuższej kolejce, ale za kilka miesięcy również możecie się spodziewać recenzji :).
Dzisiaj przyszła do mnie przesyłka od Hexxany :).
Zostałam przez Nią wybrana do przetestowania zestawu kosmetyków Nonique w ramach akcji HexxBOX. Tak wygląda mój zestaw oraz liścik:
Dostałam krem do twarzy, pomadkę ochronną i żel do mycia twarzy. Wszystkie trzy z serii Extreme Energy z guaraną. Kosmetyki tej marki są ekologiczne, w większości wegańskie i oczywiście nie testowane na zwierzętach. Posiadają certyfikat BDIH.
Znacie tę markę? Spotkałyście się kiedyś z tymi kosmetykami? Bo ja, przyznam, jestem ich bardzo ciekawa, tym bardziej że na razie próżno szukać ich recenzji. Pomadki już zaczęłam używać, żel też niedługo zostanie otwarty, natomiast krem musi postać w trochę dłuższej kolejce, ale za kilka miesięcy również możecie się spodziewać recenzji :).
poniedziałek, 4 marca 2013
Krakowskie spotkanie blogerek urodowych
Witajcie!
Wróciłam. Mam nadzieję, że tym razem na dobre. I że jeszcze mnie pamiętacie ;). Niestety lekarze długo mnie trzymali, aż bałam się, że nie wyrobię na pewne bardzo ważne wydarzenie, ale się jednak udało.
A mianowicie w tę sobotę miałam przyjemność po raz pierwszy uczestniczyć w wiosennym spotkaniu blogerek urodowych w Krakowie organizowanym przez Vexgirl.
Jako że to moje pierwsze tego typu spotkanie, to noc przed miałam ledwo przespaną (ze strachu przed tym, jak ja się odnajdę wśród tylu osób, które dotychczas jedynie podziwiałam w niemym zachwycie). A jak już zasnęłam, to śniły mi się jakieś plamy na ubraniach, strupy na mojej twarzy i w ogóle masakra. Na szczęście kochana Sabina z bloga Pigeon's Beauty Blog zgodziła się dotrzymać mi towarzystwa na początku, za co Ci ogromnie dziękuję. A już po chwili od wejścia okazało się, że nie miałam się czego bać. Dziewczyny okazały się niezwykle sympatyczne i rozgadane. A do tego wszystkie piękne i uśmiechnięte. Taka formuła spotkania (stojąco-przemieszczająca się) pozwoliła mi poznać i chwilę porozmawiać prawie z każdą z nich, z czego jestem ogromnie zadowolona. Śmiałyśmy się do rozpuku praktycznie przez cały czas. A czas od 16.00 do praktycznie 21.00 zleciał w mgnieniu oka. A wszystko to przy przepysznym cateringu, babeczkach i morzu wina Carlo Rossi oraz super muzyce. I tak na prawdę żałuję, że ten czas tak szybko zleciał, bo bawiłam się wyśmienicie. Już nie mogę się doczekać kolejnej możliwości spotkania Was!
Swojego aparatu fotograficznego z premedytacją nie wzięłam, dlatego będę się posiłkować zdjęciami z blogów Kasi, Matleeny i Blanki..., ale coś czuję, że jeszcze jakieś kompromitujące zdjęcia wypłyną ;).
No i na koniec oczywiście muszę się pochwalić prezentami, które przyniosłam do domu ku ogromnemu zdziwieniu męża:
Na koniec chciałabym pozdrowić wszystkie dziewczyny i podziękować Wam za świetną zabawę, a Vexgirl za pomysł i organizację!
Wróciłam. Mam nadzieję, że tym razem na dobre. I że jeszcze mnie pamiętacie ;). Niestety lekarze długo mnie trzymali, aż bałam się, że nie wyrobię na pewne bardzo ważne wydarzenie, ale się jednak udało.
A mianowicie w tę sobotę miałam przyjemność po raz pierwszy uczestniczyć w wiosennym spotkaniu blogerek urodowych w Krakowie organizowanym przez Vexgirl.
| Mój identyfikator zostawię na pamiątkę ;) |
Jako że to moje pierwsze tego typu spotkanie, to noc przed miałam ledwo przespaną (ze strachu przed tym, jak ja się odnajdę wśród tylu osób, które dotychczas jedynie podziwiałam w niemym zachwycie). A jak już zasnęłam, to śniły mi się jakieś plamy na ubraniach, strupy na mojej twarzy i w ogóle masakra. Na szczęście kochana Sabina z bloga Pigeon's Beauty Blog zgodziła się dotrzymać mi towarzystwa na początku, za co Ci ogromnie dziękuję. A już po chwili od wejścia okazało się, że nie miałam się czego bać. Dziewczyny okazały się niezwykle sympatyczne i rozgadane. A do tego wszystkie piękne i uśmiechnięte. Taka formuła spotkania (stojąco-przemieszczająca się) pozwoliła mi poznać i chwilę porozmawiać prawie z każdą z nich, z czego jestem ogromnie zadowolona. Śmiałyśmy się do rozpuku praktycznie przez cały czas. A czas od 16.00 do praktycznie 21.00 zleciał w mgnieniu oka. A wszystko to przy przepysznym cateringu, babeczkach i morzu wina Carlo Rossi oraz super muzyce. I tak na prawdę żałuję, że ten czas tak szybko zleciał, bo bawiłam się wyśmienicie. Już nie mogę się doczekać kolejnej możliwości spotkania Was!
Swojego aparatu fotograficznego z premedytacją nie wzięłam, dlatego będę się posiłkować zdjęciami z blogów Kasi, Matleeny i Blanki..., ale coś czuję, że jeszcze jakieś kompromitujące zdjęcia wypłyną ;).
| WINO... |
![]() |
| ...BABECZKI... |
| ...I PREZENTY :-P |
| I JEDZENIE...zbliżenie na przepyszne kanapeczki z łososiem, kawiorem i cytryną- aż mi znowu ślinka cieknie. |
No i na koniec oczywiście muszę się pochwalić prezentami, które przyniosłam do domu ku ogromnemu zdziwieniu męża:
| The Body Shop: masło do ust i masło do ciała |
| MAC: pomadka, pojedynczy cień i próbka tuszu do rzęs |
| By Dziubeka: kubek, bransoletka i kupony zniżkowe |
| Mary Kay: puder i pędzel |
| PAT&RUB: balsam do ust, płyn micelarny i olejek rozświetlający |
Na koniec chciałabym pozdrowić wszystkie dziewczyny i podziękować Wam za świetną zabawę, a Vexgirl za pomysł i organizację!
piątek, 8 lutego 2013
Moje witaminki i suplementy
Witajcie!
W związku z moimi ostatnimi zawirowaniami chorobowymi postanowiłam pokazać Wam czym wspomagam swoje zdrowie. Trochę tego jest, a nie pokazuję tu typowych już leków, więc może znajdziecie coś ciekawego ;):
- żelazo- obecnie pod postacią Ascoferu, który zawiera największą dawkę żelaza w postaci dobrze wchłanialnego glukonianu żelaza. Niestety ale comiesięczne dolegliwości w dłuższej perspektywie odbijają się na stanie naszego zdrowia, dlatego warto badać regularnie poziom żelaza we krwi (tak jak i robić profilaktyczną morfologię), a w razie potrzeby uzupełniać. Dla ciekawskich: niedobory żelaza utrudniają schudnięcie ;).
- witamina D (Vigantol)- to również witaminka od lekarza (na receptę), gdyż w badaniach krwi wyszło, że mam jej niedobory. Najprawdopodobniej dlatego, że: a) mieszkam w Polsce, gdzie mamy mało słońca, b) na odsłonięte części ciała stosuję wysokie filtry przeciwsłoneczne przez cały rok. Dla ciekawskich: witamina D była kojarzona niegdyś głównie z profilaktyką krzywicy u niemowląt, obecnie na całym świecie pojawia się coraz więcej badań wskazujących na jej wszechstronny, korzystny wpływ na zdrowie- wzmacnia odporność, reguluje metabolizm i wydzielanie insuliny, zwiększa siłę i masę mięśni, obniża ryzyko zachorowania na różne choroby (w tym nowotwory), chroni przed nadciśnieniem.
- preparaty multiwitaminowe- właśnie skończyłam opakowanie Super Stress B-Complex amerykańskiej marki Puritan's Pride, która zawiera kompozycję witamin oraz substancji witaminopodobnych. Niestety ale w sytuacji permanentnego stresu zapotrzebowanie na te witaminy jest zwiększone, dlatego czasem warto wspomóc się takimi specyfikami (szczególnie zimą, gdy ilość warzyw i owoców w naszej diecie nie jest tak duża). Również w przypadku różnych chorób przewlekłych dodatkowa suplementacja witaminowa może okazać się konieczna.
- na skórę i włosy (zaczynam akcję zapuszczania) zaczęłam brać Bio-Silica z Olimpu (bardzo podoba mi się skład i ilość użytych substancji: skrzyp, pokrzywa, aminokwasy, kolagen, cynk) oraz od dzisiaj rozpoczęłam akcję picia drożdży. Coś jeszcze polecacie wewnętrznie w tej materii? Jeśli tak, to dajcie znać!
- ważne kwasy tłuszczowe- olej lniany, olej z ogórecznika, czy olej z wątroby rekina zamiennie, a często do sałatki :). O tym, jak są ważne i dla zdrowia i dla urody było już sporo w blogosferze...
- zioła, jak kompleksowa mieszanka Virumin (łuska gryczana, hibiskus, porzeczka, herbata zielona, żurawina, malina, aronia, dzika róża, liść mięty, jabłko, kwiat malwy czarnej) czy herbatka na cerę Elandy (fiołek, pokrzywa, skrzyp, hibiskus, mięta, rumianek). Często również np. melisa, gdy ktoś za bardzo wyprowadzi mnie z równowagi ;).
A Wy czym wspomagacie się wewnętrznie?
W związku z moimi ostatnimi zawirowaniami chorobowymi postanowiłam pokazać Wam czym wspomagam swoje zdrowie. Trochę tego jest, a nie pokazuję tu typowych już leków, więc może znajdziecie coś ciekawego ;):
- żelazo- obecnie pod postacią Ascoferu, który zawiera największą dawkę żelaza w postaci dobrze wchłanialnego glukonianu żelaza. Niestety ale comiesięczne dolegliwości w dłuższej perspektywie odbijają się na stanie naszego zdrowia, dlatego warto badać regularnie poziom żelaza we krwi (tak jak i robić profilaktyczną morfologię), a w razie potrzeby uzupełniać. Dla ciekawskich: niedobory żelaza utrudniają schudnięcie ;).
- witamina D (Vigantol)- to również witaminka od lekarza (na receptę), gdyż w badaniach krwi wyszło, że mam jej niedobory. Najprawdopodobniej dlatego, że: a) mieszkam w Polsce, gdzie mamy mało słońca, b) na odsłonięte części ciała stosuję wysokie filtry przeciwsłoneczne przez cały rok. Dla ciekawskich: witamina D była kojarzona niegdyś głównie z profilaktyką krzywicy u niemowląt, obecnie na całym świecie pojawia się coraz więcej badań wskazujących na jej wszechstronny, korzystny wpływ na zdrowie- wzmacnia odporność, reguluje metabolizm i wydzielanie insuliny, zwiększa siłę i masę mięśni, obniża ryzyko zachorowania na różne choroby (w tym nowotwory), chroni przed nadciśnieniem.
- preparaty multiwitaminowe- właśnie skończyłam opakowanie Super Stress B-Complex amerykańskiej marki Puritan's Pride, która zawiera kompozycję witamin oraz substancji witaminopodobnych. Niestety ale w sytuacji permanentnego stresu zapotrzebowanie na te witaminy jest zwiększone, dlatego czasem warto wspomóc się takimi specyfikami (szczególnie zimą, gdy ilość warzyw i owoców w naszej diecie nie jest tak duża). Również w przypadku różnych chorób przewlekłych dodatkowa suplementacja witaminowa może okazać się konieczna.
- na skórę i włosy (zaczynam akcję zapuszczania) zaczęłam brać Bio-Silica z Olimpu (bardzo podoba mi się skład i ilość użytych substancji: skrzyp, pokrzywa, aminokwasy, kolagen, cynk) oraz od dzisiaj rozpoczęłam akcję picia drożdży. Coś jeszcze polecacie wewnętrznie w tej materii? Jeśli tak, to dajcie znać!
- ważne kwasy tłuszczowe- olej lniany, olej z ogórecznika, czy olej z wątroby rekina zamiennie, a często do sałatki :). O tym, jak są ważne i dla zdrowia i dla urody było już sporo w blogosferze...
- zioła, jak kompleksowa mieszanka Virumin (łuska gryczana, hibiskus, porzeczka, herbata zielona, żurawina, malina, aronia, dzika róża, liść mięty, jabłko, kwiat malwy czarnej) czy herbatka na cerę Elandy (fiołek, pokrzywa, skrzyp, hibiskus, mięta, rumianek). Często również np. melisa, gdy ktoś za bardzo wyprowadzi mnie z równowagi ;).
A Wy czym wspomagacie się wewnętrznie?
poniedziałek, 4 lutego 2013
Wyniki rozdania :)
Witajcie!
Przybywam dzisiaj wreszcie z wynikami losowania. Niestety ale trochę to trwało, nie spodziewałam się, że weryfikacja zgłoszeń zajmuje aż tyle czasu, a nie wszystkie zgłoszenia spełniły kryteria....
W każdym bądź razie bardzo ucieszyła mnie Wasza frekwencja i to, że nagroda się spodobała. Pragnę poinformować, że prawidłowych zgłoszeń było aż 153! A to oznacza, że dla zwycięzcy przygotuję 3 dodatkowe produkty-niespodzianki!
Wszystkich losów wprowadzonych do maszyny losującej (kocia maszyna losująca popadła w stan hibernacji zimowej i nie działa zbyt ochoczo) było w sumie 355....
....a wylosowany/a został/a....
czyli:
Gratuluję zwyciężczyni! Zaraz wysyłam do Ciebie maila i czekam na dane do wysyłki.
Jednocześnie chciałabym lekko napomknąć, że przygotowuję już powoli konkurs dla Was, choć tym razem z powodu braku większych funduszy z nagrodami sponsorowanymi, ale równie ciekawymi ;)
Pozdrawiam!
piątek, 1 lutego 2013
Ostatni dzień rozdania!
Moje Drogie!
Tym z Was, które jeszcze się nie zgłosiły przypominam, że dzisiaj o 23:59 mija termin zgłaszania się do mojego rozdania. Macie jeszcze ostatnią szansę zdobycia różnych naturalnych cudowności! :)
KLIK
Tym z Was, które jeszcze się nie zgłosiły przypominam, że dzisiaj o 23:59 mija termin zgłaszania się do mojego rozdania. Macie jeszcze ostatnią szansę zdobycia różnych naturalnych cudowności! :)
KLIK
Subskrybuj:
Posty (Atom)






