Witajcie!
W związku z moimi ostatnimi zawirowaniami chorobowymi postanowiłam pokazać Wam czym wspomagam swoje zdrowie. Trochę tego jest, a nie pokazuję tu typowych już leków, więc może znajdziecie coś ciekawego ;):
- żelazo- obecnie pod postacią Ascoferu, który zawiera największą dawkę żelaza w postaci dobrze wchłanialnego glukonianu żelaza. Niestety ale comiesięczne dolegliwości w dłuższej perspektywie odbijają się na stanie naszego zdrowia, dlatego warto badać regularnie poziom żelaza we krwi (tak jak i robić profilaktyczną morfologię), a w razie potrzeby uzupełniać. Dla ciekawskich: niedobory żelaza utrudniają schudnięcie ;).
- witamina D (Vigantol)- to również witaminka od lekarza (na receptę), gdyż w badaniach krwi wyszło, że mam jej niedobory. Najprawdopodobniej dlatego, że: a) mieszkam w Polsce, gdzie mamy mało słońca, b) na odsłonięte części ciała stosuję wysokie filtry przeciwsłoneczne przez cały rok. Dla ciekawskich: witamina D była kojarzona niegdyś głównie z profilaktyką krzywicy u
niemowląt, obecnie na całym świecie pojawia się coraz więcej badań
wskazujących na jej wszechstronny, korzystny wpływ na zdrowie- wzmacnia odporność, reguluje metabolizm i wydzielanie insuliny, zwiększa siłę i masę mięśni, obniża ryzyko zachorowania na różne choroby (w tym nowotwory), chroni przed nadciśnieniem.
- preparaty multiwitaminowe- właśnie skończyłam opakowanie Super Stress B-Complex amerykańskiej marki Puritan's Pride, która zawiera kompozycję witamin oraz substancji witaminopodobnych. Niestety ale w sytuacji permanentnego stresu zapotrzebowanie na te witaminy jest zwiększone, dlatego czasem warto wspomóc się takimi specyfikami (szczególnie zimą, gdy ilość warzyw i owoców w naszej diecie nie jest tak duża). Również w przypadku różnych chorób przewlekłych dodatkowa suplementacja witaminowa może okazać się konieczna.
- na skórę i włosy (zaczynam akcję zapuszczania) zaczęłam brać Bio-Silica z Olimpu (bardzo podoba mi się skład i ilość użytych substancji: skrzyp, pokrzywa, aminokwasy, kolagen, cynk) oraz od dzisiaj rozpoczęłam akcję picia drożdży. Coś jeszcze polecacie wewnętrznie w tej materii? Jeśli tak, to dajcie znać!
- ważne kwasy tłuszczowe- olej lniany, olej z ogórecznika, czy olej z wątroby rekina zamiennie, a często do sałatki :). O tym, jak są ważne i dla zdrowia i dla urody było już sporo w blogosferze...
- zioła, jak kompleksowa mieszanka Virumin (łuska gryczana, hibiskus, porzeczka, herbata
zielona, żurawina, malina, aronia, dzika róża,
liść mięty, jabłko, kwiat malwy czarnej) czy herbatka na cerę Elandy (fiołek, pokrzywa, skrzyp, hibiskus, mięta, rumianek). Często również np. melisa, gdy ktoś za bardzo wyprowadzi mnie z równowagi ;).
A Wy czym wspomagacie się wewnętrznie?
piątek, 8 lutego 2013
poniedziałek, 4 lutego 2013
Wyniki rozdania :)
Witajcie!
Przybywam dzisiaj wreszcie z wynikami losowania. Niestety ale trochę to trwało, nie spodziewałam się, że weryfikacja zgłoszeń zajmuje aż tyle czasu, a nie wszystkie zgłoszenia spełniły kryteria....
W każdym bądź razie bardzo ucieszyła mnie Wasza frekwencja i to, że nagroda się spodobała. Pragnę poinformować, że prawidłowych zgłoszeń było aż 153! A to oznacza, że dla zwycięzcy przygotuję 3 dodatkowe produkty-niespodzianki!
Wszystkich losów wprowadzonych do maszyny losującej (kocia maszyna losująca popadła w stan hibernacji zimowej i nie działa zbyt ochoczo) było w sumie 355....
....a wylosowany/a został/a....
czyli:
Gratuluję zwyciężczyni! Zaraz wysyłam do Ciebie maila i czekam na dane do wysyłki.
Jednocześnie chciałabym lekko napomknąć, że przygotowuję już powoli konkurs dla Was, choć tym razem z powodu braku większych funduszy z nagrodami sponsorowanymi, ale równie ciekawymi ;)
Pozdrawiam!
piątek, 1 lutego 2013
Ostatni dzień rozdania!
Moje Drogie!
Tym z Was, które jeszcze się nie zgłosiły przypominam, że dzisiaj o 23:59 mija termin zgłaszania się do mojego rozdania. Macie jeszcze ostatnią szansę zdobycia różnych naturalnych cudowności! :)
KLIK
Tym z Was, które jeszcze się nie zgłosiły przypominam, że dzisiaj o 23:59 mija termin zgłaszania się do mojego rozdania. Macie jeszcze ostatnią szansę zdobycia różnych naturalnych cudowności! :)
KLIK
czwartek, 31 stycznia 2013
Martina Gebhardt- pielęgnacja szyi i dekoltu
Dziś chciałabym pokazać Wam kolejny ciekawy i mało znany produkt, którego recenzja pojawi się u mnie za kilka tygodni. Dostałam go do przetestowania od sklepu z kosmetykami naturalnymi Green Line (który ma w ofercie takie marki, jak Bioturm, I+m, Eubiona, czy Sante).
Wybrałam witaminową emulsję do dekoltu Happy Aging marki Martina Gebhardt. Dlaczego? Bo w moim zafiksowaniu na punkcie doprowadzenia skóry twarzy do porządku kompletnie zapomniałam o szyi i dekolcie, które tylko traktowałam najprostszymi nawilżaczami do twarzy, a i to nie zawsze. Przez to jakiś czas temu przeraziłam się widząc, że skóra szyi i dekoltu stała się taka jakby mniej jędrna, zwiotczała i przeraziło mnie to wielce (nie ma to jak genetyczna predyspozycja do zwisającego podbródka i tym podobnych). Doszłam do wniosku, że to po szyi (oraz po oczach) najbardziej widać mój nie nastoletni już wiek i coś muszę z tym zrobić. Zwykłe przeciwzmarszczkowe kremy do twarzy okazały się zbyt lekkie jeśli chodzi o nawilżenio-natłuszczenie, a balsamy do ciała za to dobrze nawilżały jednak nie miały żadnych składników przeciwstarzeniowych. Zobaczymy jak ta emulsja podoła temu ciężkiemu zadaniu :).
Wybrałam witaminową emulsję do dekoltu Happy Aging marki Martina Gebhardt. Dlaczego? Bo w moim zafiksowaniu na punkcie doprowadzenia skóry twarzy do porządku kompletnie zapomniałam o szyi i dekolcie, które tylko traktowałam najprostszymi nawilżaczami do twarzy, a i to nie zawsze. Przez to jakiś czas temu przeraziłam się widząc, że skóra szyi i dekoltu stała się taka jakby mniej jędrna, zwiotczała i przeraziło mnie to wielce (nie ma to jak genetyczna predyspozycja do zwisającego podbródka i tym podobnych). Doszłam do wniosku, że to po szyi (oraz po oczach) najbardziej widać mój nie nastoletni już wiek i coś muszę z tym zrobić. Zwykłe przeciwzmarszczkowe kremy do twarzy okazały się zbyt lekkie jeśli chodzi o nawilżenio-natłuszczenie, a balsamy do ciała za to dobrze nawilżały jednak nie miały żadnych składników przeciwstarzeniowych. Zobaczymy jak ta emulsja podoła temu ciężkiemu zadaniu :).
środa, 30 stycznia 2013
Ubtan Hesh, czyli maseczka na wszystko
Witajcie po długaśnej mojej chorobie!
Dziś przyszła wreszcie pora na zrecenzowanie kosmetyku, o którym mało w blogosferze można przeczytać. Sama kupiłam go trochę w ciemno w listopadzie, więc już mogę co nieco napisać. Tym bardziej, że ta naturalna maseczka jest do wygrania w moim rozdaniu, a obiecałam Wam opisać wszystkie tamte kosmetyki.
Opis producenta:
Oparty na ajurwedyjskiej recepturze Ubtan łagodnie, ale dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej i zachowując jej naturalną wilgotność. Już po pierwszym użyciu można zauważyć, że skóra rozświetliła się zdrowym blaskiem. Bardzo dobrze nadaje się do pielęgnacji skóry trądzikowej i problematycznej. Działa również przeciwutleniająco i przeciwstarzeniowo, poprawia koloryt skóry. Ma działanie chłodzące.
Skład:
Nagarmotha (Cyperus Rotundus), Rose Petal Powder (Rose Alba), Sandalwood Powder (Santalum Album), Kachura (Curcuma Zedoria), Bawchi (Psorolea Corylifolia), Anantmul (Hemidesmus Indicus), Amba Haldi (Curcuma Amada), Wala (Andropogan Muircatus), Manjishta (Rubia Cordifolia), Orange Peel Powder (Citrus Aurantium), Multani Mati (Fuller's Earth)
Zawiera same naturalne składniki: odżywczy puder z płatków róży, przeciwbliznowy proszek sandałowy, rozjaśniający wyciąg z cytrusów, przeciwbakteryjną kurkumę i całą gamę innych ziół, które nic mi nie mówią, ale zapewne są źródłem antyutleniaczy. A taki skład wydaje się być skierowany na wiele problemów skórnych. A, i zawiera także wybielającą glinkę multani mitti.
Cena/wydajność:
Opakowanie 100g za ok. 12zł. Na jedno użycie na twarz i szyję zużywam jedną czubatą łyżeczkę od herbaty, co powoduje, że od listopada- stosując ją raz w tygodniu (czasem co dwa tygodnie)- zużyłam około połowę. A więc tanio i wydajnie jak za naturalną maseczkę.
Dostępność:
W sklepach z kosmetykami naturalnymi i na Allegro.
Sposób użycia:
Jako mydło
Zapach:
To największy minus tego produktu- zapach jest bardzo intensywny i ziołowy (stawiam, że na pierwszy plan wybija się aromat sandałowca). Utrzymuje się zarówno w suchym proszku, jak i po rozrobieniu proszku z wodą i nałożeniu na twarz. Znika dopiero, jak spłuczemy maseczkę.
Konsystencja:
Bardzo drobno zmielony proszek w kolorze zielono-brązowym, bardzo przypomina glinkę (również po rozrobieniu).
Komfort użytkowania:
Podobny jak przy glinkach czy błotach- wymaga przygotowania pasty, łatwo się nakłada, po 15 minutach zasycha w skorupkę, brudzi przy zmywaniu. Zdecydowanie nie jest to maseczka relaksacyjna.
Działanie:
Na czas testowania tego proszku odłożyłam wszystkie moje glinki i błota, żeby móc zaobserwować jego działanie. Stosowałam tylko jako maseczkę na twarz, którą przy zmywaniu lekko masowałam (taki dodatkowy peeling).
Przede wszystkim bardzo dobrze oczyszcza skórę- po użyciu wszystkie brudy są wyciągnięte, łepki zaskórników usunięte podobnie jak w przypadku glinki zielonej. Przy tym nie wysusza skóry aż tak bardzo, jak glinka (choć należy pamiętać, by również nie dopuszczać do zaschnięcia maseczki na twarzy).
Skóra jest miękka w dotyku, przez następne dni mniej się przetłuszcza, jest również bledsza i taka jakby bardziej zaróżowiona (mniej zszarzała).
Działania przeciwstarzeniowego nie zauważyłam (bo cięzko takie coś zauważyć, a fakt dorobienia się zmarszczek za rok czy za pięć lat trudno będzie przypisać kolejnemu czynnikowi), jednak sądząc po składzie, to jest to pewnie pomoc dla skóry w odsunięciu w czasie tego faktu.
Mnie maseczka nie uczuliła ani nie podrażniła (choć przy pierwszych użyciach czuć było delikatne pieczenie na początku), jednak ja prawie zawsze dodaję kilka kropli oleju do takiej pasty (podobnie jak do glinek), dzięki czemu są delikatniejsze i dłużej zasychają. Raz dodałam również jogurtu, ale mieszanka zapachowa była nieziemsko okropna ;).
Czy kupię ponownie:
Zdecydowanie tak. Nie przeszkadza mi zapach ani komfort użytkowania, gdyż jestem przyzwyczajona do różnych błotek, spirulin czy glinek. Jest tania i wydajna. Ma fajny skład. Działa jak glinka, ale ma do tego kilka bonusów, jeśli chodzi o działanie i przez to jest bardziej wszechstronna. Zastanawiam się jeszcze nad jej stuningowaniem i użyciem np. na skórę głowy... ;).
Ocena:
5-/5
Dziś przyszła wreszcie pora na zrecenzowanie kosmetyku, o którym mało w blogosferze można przeczytać. Sama kupiłam go trochę w ciemno w listopadzie, więc już mogę co nieco napisać. Tym bardziej, że ta naturalna maseczka jest do wygrania w moim rozdaniu, a obiecałam Wam opisać wszystkie tamte kosmetyki.
Hesh, Ajurwedyjska maseczka oczyszczająca Ubtan
Oparty na ajurwedyjskiej recepturze Ubtan łagodnie, ale dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej i zachowując jej naturalną wilgotność. Już po pierwszym użyciu można zauważyć, że skóra rozświetliła się zdrowym blaskiem. Bardzo dobrze nadaje się do pielęgnacji skóry trądzikowej i problematycznej. Działa również przeciwutleniająco i przeciwstarzeniowo, poprawia koloryt skóry. Ma działanie chłodzące.
Skład:
Nagarmotha (Cyperus Rotundus), Rose Petal Powder (Rose Alba), Sandalwood Powder (Santalum Album), Kachura (Curcuma Zedoria), Bawchi (Psorolea Corylifolia), Anantmul (Hemidesmus Indicus), Amba Haldi (Curcuma Amada), Wala (Andropogan Muircatus), Manjishta (Rubia Cordifolia), Orange Peel Powder (Citrus Aurantium), Multani Mati (Fuller's Earth)
Zawiera same naturalne składniki: odżywczy puder z płatków róży, przeciwbliznowy proszek sandałowy, rozjaśniający wyciąg z cytrusów, przeciwbakteryjną kurkumę i całą gamę innych ziół, które nic mi nie mówią, ale zapewne są źródłem antyutleniaczy. A taki skład wydaje się być skierowany na wiele problemów skórnych. A, i zawiera także wybielającą glinkę multani mitti.
Cena/wydajność:
Opakowanie 100g za ok. 12zł. Na jedno użycie na twarz i szyję zużywam jedną czubatą łyżeczkę od herbaty, co powoduje, że od listopada- stosując ją raz w tygodniu (czasem co dwa tygodnie)- zużyłam około połowę. A więc tanio i wydajnie jak za naturalną maseczkę.
Dostępność:
W sklepach z kosmetykami naturalnymi i na Allegro.
Sposób użycia:
Jako mydło
- rozmieszać odpowiednią ilość proszku w wodzie
- rozprowadzić pastę na całym ciele
- odczekać 5-10 minut
- zażyć kąpieli lub wziąć prysznic.
- rozmieszać niewielką ilość proszku z wodą do uzyskania konsystencji pasty
- nałożyć na skórę twarzy
- po 10-15 minutach zmyć lub usunąć poprzez delikatne pocieranie skóry,które zapewni dodatkowy efekt peelingujący
Zapach:
To największy minus tego produktu- zapach jest bardzo intensywny i ziołowy (stawiam, że na pierwszy plan wybija się aromat sandałowca). Utrzymuje się zarówno w suchym proszku, jak i po rozrobieniu proszku z wodą i nałożeniu na twarz. Znika dopiero, jak spłuczemy maseczkę.
Konsystencja:
Bardzo drobno zmielony proszek w kolorze zielono-brązowym, bardzo przypomina glinkę (również po rozrobieniu).
Komfort użytkowania:
Podobny jak przy glinkach czy błotach- wymaga przygotowania pasty, łatwo się nakłada, po 15 minutach zasycha w skorupkę, brudzi przy zmywaniu. Zdecydowanie nie jest to maseczka relaksacyjna.
Działanie:
Na czas testowania tego proszku odłożyłam wszystkie moje glinki i błota, żeby móc zaobserwować jego działanie. Stosowałam tylko jako maseczkę na twarz, którą przy zmywaniu lekko masowałam (taki dodatkowy peeling).
Przede wszystkim bardzo dobrze oczyszcza skórę- po użyciu wszystkie brudy są wyciągnięte, łepki zaskórników usunięte podobnie jak w przypadku glinki zielonej. Przy tym nie wysusza skóry aż tak bardzo, jak glinka (choć należy pamiętać, by również nie dopuszczać do zaschnięcia maseczki na twarzy).
Skóra jest miękka w dotyku, przez następne dni mniej się przetłuszcza, jest również bledsza i taka jakby bardziej zaróżowiona (mniej zszarzała).
Działania przeciwstarzeniowego nie zauważyłam (bo cięzko takie coś zauważyć, a fakt dorobienia się zmarszczek za rok czy za pięć lat trudno będzie przypisać kolejnemu czynnikowi), jednak sądząc po składzie, to jest to pewnie pomoc dla skóry w odsunięciu w czasie tego faktu.
Mnie maseczka nie uczuliła ani nie podrażniła (choć przy pierwszych użyciach czuć było delikatne pieczenie na początku), jednak ja prawie zawsze dodaję kilka kropli oleju do takiej pasty (podobnie jak do glinek), dzięki czemu są delikatniejsze i dłużej zasychają. Raz dodałam również jogurtu, ale mieszanka zapachowa była nieziemsko okropna ;).
Czy kupię ponownie:
Zdecydowanie tak. Nie przeszkadza mi zapach ani komfort użytkowania, gdyż jestem przyzwyczajona do różnych błotek, spirulin czy glinek. Jest tania i wydajna. Ma fajny skład. Działa jak glinka, ale ma do tego kilka bonusów, jeśli chodzi o działanie i przez to jest bardziej wszechstronna. Zastanawiam się jeszcze nad jej stuningowaniem i użyciem np. na skórę głowy... ;).
Ocena:
5-/5
środa, 23 stycznia 2013
Kot w obiektywie :)
Witajcie!
Choroba i mnie dopadła, więc ani sił ani weny nie miałam za bardzo, ale żebyście o mnie nie zapomniały, to pomęczę Was trochę zdjęciami kotów. Ktoś chętny?
Choroba i mnie dopadła, więc ani sił ani weny nie miałam za bardzo, ale żebyście o mnie nie zapomniały, to pomęczę Was trochę zdjęciami kotów. Ktoś chętny?
| Miłość i zgoda...na razie |
| Jęstę wampirę |
![]() |
| Jestę Kaszpirowsky |
| Chyba się zgoda skończyła, pora przegryźć mu gardło |
| Klarysa pomaga w odśnieżaniu auta |
![]() |
| Zdobycie Mount Everestu |
![]() |
| Nawet kot musi się czasami wysuszyć |
piątek, 18 stycznia 2013
Aktualności+ przypomnienie o rozdaniu+ prośba o pomoc
Witajcie!
Trochę nie pisałam, ale to nie znaczy, że nie zaglądałam w ogóle na bloga. Przez te kilka dni trochę się działo.
Po pierwsze odrobinę zmieniłam szablon bloga, o tyle o ile potrafiłam to sama zrobić. Ciągle dążę do tego, aby było bardziej przejrzyście. Po drugie zmieniłam obrazek w nagłówku- nadal mnie nie zadowala, ale chyba już jest lepiej ;). Niestety grafik ze mnie żaden, a nad wszystkim sama pracuję...
No właśnie, po drugie ściągnęłam dwa programy graficzne (PhotoFiltre i PhotoScape) i próbuję je okiełznać. Mam nadzieję, że moje zdjęcia będą już tylko lepsze :).
Poza tym szykuje się pierwsza w moim życiu wymianka z inną blogerką ;). A to oznacza nowe kosmetyki ...
Chciałabym również przypomnieć Wam o moim rozdaniu (tu). Jest już 89 zgłoszeń, więc jak zgłosi się jeszcze 11 osób, to dla zwycięzcy będą dwa dodatkowe kosmetyki. A że szykuje mi się zamówienie z ZSK, to chyba warto ;).
Na koniec chciałabym się Was zapytać, czy ktoś miał podobny problem z widżetem "LinkWithin" i zna może odpowiedź. Otóż zainstalowałam sobie go już kiedyś (na początku pisania bloga), ale nie pokazywał obrazków, tylko linki, więc go w cholerę wyrzuciłam. W ostatnich dniach sobie jednak o nim przypomniałam i zainstalowałam ponownie. Jednak pokazuje on posty tylko z pierwszych dwóch tygodni listopada. Znalazłam tylko podpowiedź, że mogę napisać do supportu o nadanie mi nowego ID, ale pomimo dwóch zapytań oczywiście milczą :/. Macie może jakiś pomysł jak sobie z tym problemem poradzić?
Trochę nie pisałam, ale to nie znaczy, że nie zaglądałam w ogóle na bloga. Przez te kilka dni trochę się działo.
Po pierwsze odrobinę zmieniłam szablon bloga, o tyle o ile potrafiłam to sama zrobić. Ciągle dążę do tego, aby było bardziej przejrzyście. Po drugie zmieniłam obrazek w nagłówku- nadal mnie nie zadowala, ale chyba już jest lepiej ;). Niestety grafik ze mnie żaden, a nad wszystkim sama pracuję...
No właśnie, po drugie ściągnęłam dwa programy graficzne (PhotoFiltre i PhotoScape) i próbuję je okiełznać. Mam nadzieję, że moje zdjęcia będą już tylko lepsze :).
Poza tym szykuje się pierwsza w moim życiu wymianka z inną blogerką ;). A to oznacza nowe kosmetyki ...
Chciałabym również przypomnieć Wam o moim rozdaniu (tu). Jest już 89 zgłoszeń, więc jak zgłosi się jeszcze 11 osób, to dla zwycięzcy będą dwa dodatkowe kosmetyki. A że szykuje mi się zamówienie z ZSK, to chyba warto ;).
Na koniec chciałabym się Was zapytać, czy ktoś miał podobny problem z widżetem "LinkWithin" i zna może odpowiedź. Otóż zainstalowałam sobie go już kiedyś (na początku pisania bloga), ale nie pokazywał obrazków, tylko linki, więc go w cholerę wyrzuciłam. W ostatnich dniach sobie jednak o nim przypomniałam i zainstalowałam ponownie. Jednak pokazuje on posty tylko z pierwszych dwóch tygodni listopada. Znalazłam tylko podpowiedź, że mogę napisać do supportu o nadanie mi nowego ID, ale pomimo dwóch zapytań oczywiście milczą :/. Macie może jakiś pomysł jak sobie z tym problemem poradzić?
wtorek, 15 stycznia 2013
Jak nie śmierdziuch Alterry, to co?!
Po raz pierwszy cieszyłam się, że tytuł mojego poprzedniego posta był niezbyt intrygujący i że jednak mało z Was go przeczytało :-P. A żeby jak najszybciej odsunąć go w niepamięć, to szybko publikuję kolejną, tym razem już kosmetyczną recenzję...
Jak tam u Was z dbaniem o dłonie zimą? Ja nie mam z nimi wielkiego problemu (od zawsze praktycznie chodzę w rękawiczkach), jednak to nie zwalnia mnie z obowiązku pielęgnacji o nie. Dlatego przychodzę dziś z recenzją jedynego kremu Alterry do rąk.
Opis producenta
Każda skóra zasługuje na indywidualną pielęgnację. Krem do rąk Alterra został opracowany specjalnie do zniszczonej skóry dłoni. Połączenie substancji czynnych z oleju z pestek granatu, ekstraktu z aloesu i masła shea pielęgnuje zniszczone i suche dłonie z aksamitną delikatnością. Krem do rąk Alterra szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze warstewki tłuszczu.
Skład
Aqua, Glycine Soja Oil, Glycerin, Alcohol, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Olea Europaea Oil, Cellulose, Glyceryl Stearate Citrate, Cartahmus Tinctorius Oil, Punica Granatum Seed Oil, Xanthan Gum, Butyrospermum Parkii Butter, Aloe Barbadensis Extract, Rhus Verniciflua Cera, Punica Granatum Extract, Ginkgo Biloba Extract, Simmondsia Chinensis Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Parfum, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol
czyli olej sojowy, gliceryna, konserwujący alkohol, emolienty, oliwa z oliwek, celuloza (to ona odpowiada za warstewkę okluzyjną?), olej z krokosza, olej z granatu, guma ksantanowa (zagęszcza), masło shea, ekstrakt z aloesu, wosk, ekstrakt z granatu, ekstrakt z ginko biloba, olej jojoba, olej słonecznikowy, wit E i konserwanty z olejków eterycznych. Ze składu wyniki że krem powinien działań delikatnie natłuszczająco i mocno nawilżająco.
Cena/wydajność
Standardowa to 7,99 zł, ja kupiłam go w promocji za 5,59 zł za 75ml. Dla mnie w porządku.
Wydajność, jak we wszystkich tego typu kremach, zależy od tego, ile razy dziennie go używamy, jeżeli wiele to nie starczy na długo.
Opakowanie
Miękka tubka z zamknięciem na klik, więc dobrze że umazianymi dłońmi nie trzeba się męczyć z zamykaniem. Tubka taka jakby satynowa. Mi się bardzo podoba.
Zapach
W tubce przyjemny, coś pomiędzy kwiatowym a owocowym. Po rozsmarowaniu na dłoniach staje się mniej przyjemny jakby skisły.
Konsystencja
Gęsta ale nietłusta.
Komfort użytkowania
Komfort zależy od tego, co kto lubi. Krem dobrze się rozsmarowuje i szybko się wchłania, ale pozostawia specyficzną powłoczkę- nie jest ona tłusta ani klejąca, jest jakby woskowa. Ją taką powłoczkę lubię, bo mam wrażenie, że dłonie mają przez to większą ochronę przed czynnikami zewnętrznymi. Stety/niestety znika ona po pierwszym umyciu rąk.
Działanie
Dla mnie niestety niewystarczające, a nie mam ogromnych problemów z dłońmi, skóra mi nie pęka, nie jest zaczerwieniona. Dłonie zaraz po posmarowaniu są miękkie i nawilżone, ale to zapewne zasługa owej powłoczki. Efekt ten jednak mija po kilku godzinach. Za to dobrze krem się sprawuje do łagodzenia podrażnień, gdy wracam z mrozu albo po domowych porządkach.
Czy kupię ponownie
Ciężko powiedzieć- z jednej strony ten krem jest dla mnie niewystarczający i raz w tygodniu na noc muszę się dosmarowywać masłem shea pod rękawiczki. Z drugiej krem jest na tyle komfortowy, że mogę go używać kilka razy dziennie bez obaw, że coś upaskudzę. Jak znajdę inny krem o naturalnym składzie (bez silikonów i parafiny) i niskiej cenie, to od razu zdradzę Alterrę. Na razie jednak nie znalazłam :(.
Ocena
3+/5
PS. Małe porcje kremu stuningowałam panthenolem, nawilżaczem cukrowym, mleczanem sodu i dużym dodatkiem masła shea i jest dużo lepiej! Krem nadal szybko się wchłania, a uczucie nawilżenia pozostaje na dużo dłużej. Przy tym nie ma uczucia tłustości jak przy samym maśle... Dlatego jeśli nie znajdę lepszego taniego kremu, to chyba zostanę na ten sezon z takim właśnie rozwiązaniem.
Możecie coś w miarę naturalnego i taniego polecić?
Jak tam u Was z dbaniem o dłonie zimą? Ja nie mam z nimi wielkiego problemu (od zawsze praktycznie chodzę w rękawiczkach), jednak to nie zwalnia mnie z obowiązku pielęgnacji o nie. Dlatego przychodzę dziś z recenzją jedynego kremu Alterry do rąk.
Rossmann, Alterra, Handcreme Granatapfel & Aloe Vera (Krem do rąk `Granat i Aloes`)
Opis producenta
Każda skóra zasługuje na indywidualną pielęgnację. Krem do rąk Alterra został opracowany specjalnie do zniszczonej skóry dłoni. Połączenie substancji czynnych z oleju z pestek granatu, ekstraktu z aloesu i masła shea pielęgnuje zniszczone i suche dłonie z aksamitną delikatnością. Krem do rąk Alterra szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze warstewki tłuszczu.
Skład
Aqua, Glycine Soja Oil, Glycerin, Alcohol, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Olea Europaea Oil, Cellulose, Glyceryl Stearate Citrate, Cartahmus Tinctorius Oil, Punica Granatum Seed Oil, Xanthan Gum, Butyrospermum Parkii Butter, Aloe Barbadensis Extract, Rhus Verniciflua Cera, Punica Granatum Extract, Ginkgo Biloba Extract, Simmondsia Chinensis Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Parfum, Limonene, Linalool, Geraniol, Citral, Citronellol
czyli olej sojowy, gliceryna, konserwujący alkohol, emolienty, oliwa z oliwek, celuloza (to ona odpowiada za warstewkę okluzyjną?), olej z krokosza, olej z granatu, guma ksantanowa (zagęszcza), masło shea, ekstrakt z aloesu, wosk, ekstrakt z granatu, ekstrakt z ginko biloba, olej jojoba, olej słonecznikowy, wit E i konserwanty z olejków eterycznych. Ze składu wyniki że krem powinien działań delikatnie natłuszczająco i mocno nawilżająco.
Cena/wydajność
Standardowa to 7,99 zł, ja kupiłam go w promocji za 5,59 zł za 75ml. Dla mnie w porządku.
Wydajność, jak we wszystkich tego typu kremach, zależy od tego, ile razy dziennie go używamy, jeżeli wiele to nie starczy na długo.
| ej no, nic już nie ma!? |
Opakowanie
Miękka tubka z zamknięciem na klik, więc dobrze że umazianymi dłońmi nie trzeba się męczyć z zamykaniem. Tubka taka jakby satynowa. Mi się bardzo podoba.
Zapach
W tubce przyjemny, coś pomiędzy kwiatowym a owocowym. Po rozsmarowaniu na dłoniach staje się mniej przyjemny jakby skisły.
| czym to pachnie, hmmm |
Konsystencja
Gęsta ale nietłusta.
Komfort użytkowania
Komfort zależy od tego, co kto lubi. Krem dobrze się rozsmarowuje i szybko się wchłania, ale pozostawia specyficzną powłoczkę- nie jest ona tłusta ani klejąca, jest jakby woskowa. Ją taką powłoczkę lubię, bo mam wrażenie, że dłonie mają przez to większą ochronę przed czynnikami zewnętrznymi. Stety/niestety znika ona po pierwszym umyciu rąk.
Działanie
Dla mnie niestety niewystarczające, a nie mam ogromnych problemów z dłońmi, skóra mi nie pęka, nie jest zaczerwieniona. Dłonie zaraz po posmarowaniu są miękkie i nawilżone, ale to zapewne zasługa owej powłoczki. Efekt ten jednak mija po kilku godzinach. Za to dobrze krem się sprawuje do łagodzenia podrażnień, gdy wracam z mrozu albo po domowych porządkach.
Czy kupię ponownie
Ciężko powiedzieć- z jednej strony ten krem jest dla mnie niewystarczający i raz w tygodniu na noc muszę się dosmarowywać masłem shea pod rękawiczki. Z drugiej krem jest na tyle komfortowy, że mogę go używać kilka razy dziennie bez obaw, że coś upaskudzę. Jak znajdę inny krem o naturalnym składzie (bez silikonów i parafiny) i niskiej cenie, to od razu zdradzę Alterrę. Na razie jednak nie znalazłam :(.
Ocena
3+/5
PS. Małe porcje kremu stuningowałam panthenolem, nawilżaczem cukrowym, mleczanem sodu i dużym dodatkiem masła shea i jest dużo lepiej! Krem nadal szybko się wchłania, a uczucie nawilżenia pozostaje na dużo dłużej. Przy tym nie ma uczucia tłustości jak przy samym maśle... Dlatego jeśli nie znajdę lepszego taniego kremu, to chyba zostanę na ten sezon z takim właśnie rozwiązaniem.
Możecie coś w miarę naturalnego i taniego polecić?
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Moja przygoda z Firmoo
Hej dziewczyny!
Jakiś czas temu na blogach było zatrzęsienie postów z okularami od Firmoo. Wiem, że macie już ich dość, ale mój będzie trochę nietypowy ;).
Gdy w pierwszym tygodniu działania bloga dostałam maila od Antonia z pochwałami i propozycją współpracy, to ucieszyłam się niezmiernie... ale też moje ego podskoczyło do niebotycznych rozmiarów. Że niby ja już wielka blogerka jestem i firmy pchać się będą do mnie drzwiami i oknami :/. Oczywiście od razu się zgodziłam. Przestudiowałam całą ich stronę wzdłuż i wszerz. Następnego dnia dostałam specjalny link i instrukcję, jak zamawiać. Tak rozpoczęła się moja pierwsza blogowa współpraca!
Trochę się zastanawiałam, co ja mam zamówić, bo w sumie nic nie potrzebuję- mam dwie pary okularów korekcyjnych, które teraz mi służą jako zapasowe, bo się na soczewki przestawiłam. Mam również idealne, ulubione okulary przeciwsłoneczne. No ale w końcu obmyśliłam, że mogę jeszcze mieć przeciwsłoneczne korekcyjne ;).
No i tu pojawił się pierwszy zgrzyt- były do wyboru tylko dwie oprawki, przy czym ta damska tylko z białym przodem (na stronie dla normalnych klientów było ich kilkanaście w różnych kolorach). Nic to, pomyślałam że może jednak mi będą pasować, więc kliknęłam, wypełniłam swoje dane i czekałam na dalszą część formularza (jak to jest na stronie dla normalnych klientów, gdzie wybiera się takie opcje jak gradient, filtr UV, antyrefleks itp), ale okazało się że formularz już został wysłany. Więc napisałam maila do Antonia, jak to jest z tymi dodatkowymi usługami, to okazało się, że nie mieszczą się one w przeznaczonej kwocie. Ok, rozumiem, ale czy nie prościej byłoby napisać np. możesz zamówić okulary+dodatki za 50 dolarów, wtedy wiadomo czego oczekiwać.
Z niecierpliwością jednak oczekiwałam na przesyłkę, choć z nieco już mniejszym entuzjazmem. Paczka doszła po 3 tygodniach od złożenia zamówienia (można było śledzić przesyłkę, ekspresową jak na podróż z Chin do Krakowa). Tu drugi zgrzyt- paczka idzie z Chin, a ja nie wiem dlaczego, ale myślałam że to amerykańska firma. Później się zorientowałam, że faktycznie maile od Antonia przychodziły w godzinach 4.00-10.00 rano.
Zawartość przesyłki okazała się taka, jak na innych blogach: dwa etui (twarde i miękkie), ściereczka i zestaw majsterkowicza (od razu mąż zakosił, tłumaczy się, że od dawna potrzebował takiego małego śrubokręcika o dwóch różnych końcówkach). No i oczywiście okulary (nie widzę już tego modelu na ich stronie, więc nie podam linka):
-wykonane porządnie, plastik gładki i błyszczący, nic nie trzeszczy,
-pomimo że ten model miał na stronie szkła gradientowe (na górze ciemniejsze, na dole jaśniejsze), to nawet ta usługa nie została w moim przypadku uwzględniona- szkło jest jednolicie ciemne, co przy tak dużych okularach jest niezbyt twarzowe,
-raczej nie mają antyrefleksu,
-nie mają żadnej naklejki/etykiety co do deklarowanego filtra anty-UV, przestraszyłam sie, że są to w takim razie jedynie przyciemniane szkła a nie szkła przeciwsłoneczne- napisałam maila i Antonio zapewnił mnie, że mają ochronę anty-UV. Jako że to o zdrowie oczu chodzi, będę musiała się z tym pytaniem jednak wybrać do optyka- mam nadzieję, że można takie coś sprawdzić.
Ostatecznie doszłam do wniosku, że białe oprawki przy ciemnych szkłach to jednak nie to, ale problem jest już w trakcie rozwiązywania- wyciągnęłam szkła i oprawki czekają na malowanie farbą czarną w aerozolu :).
Podsumowując, same okulary wydają się być w porządku, moje uwagi co do nich wynikają raczej z niedopracowania formuły zamawiania okularów dla blogerów. Osoby zamawiające przez zwykłą stronę mają większy wybór i mogą sobie same zdecydować o dodatkach, więc raczej nie będą tak zawiedzione jak ja.
Jeśli chodzi o sam sklep internetowy to to jednak czterech liter nie urywa. Wybór na stronie jest mały (nawet dla normalnych klientów) i to raczej w kilku wiodących stylach, przesyłka idzie długo, a ceny według mnie nie są jakieś specjalnie konkurencyjne (mocno zawyżane przez usługi dodatkowe). Obsługa sklepu jest za to profesjonalna- wszystko chętnie wytłumaczą, pomogą i odpowiedzą na pytania.
Moje pozostałe dwie pary okularów (z trzech) zamawiałam w sklepach internetowych polskich: okulary korekcyjne ze szkłami cylindrycznymi Zeissa i różnymi powłokami kosztowały mnie 139zł, a okulary przeciwsłoneczne Solano z filtrem i polaryzacją 99zł- wybór był o wiele większy, a przesyłka szła kilka dni. Do każdych okularów dostawałam też twarde etui i ściereczkę, raz również płyn do czyszczenia.
Według mnie nie ratuje tego pomysłu (zamawiania z Chin) nawet możliwość wgrania swojego zdjęcia i wirtualnego "przymierzenia" okularów, gdyż to jednak i tak zawsze będzie na oko. Wielkość okularów w stosunku do twarzy czasami jest przekłamana, a to na jakiej wysokości są umieszczone zależy przecież od szerokości nosa i dopasowania nosków, a tego komputer ze zdjęcia nie zczyta. Jednak bardzo dobra jest baza zdjęć prawdziwych osób w prawdziwych okularach umieszczona na dole strony- i tym się należało sugerować. Jednak dopasowanie okularów to czasami trudna sprawa i zawsze się może zdarzyć, że nie będą na nas dobrze leżały... wtedy możemy je odesłać- i o ile to ma sens w przypadku sklepów polskich (koszt 6-8zł), to koszt przesyłki zwrotnej do Chin (60zł) raczej taką możliwość eliminuje.
Cieszę się, że większość z Was tę przygodę z firmą Firmoo wspomina pozytywnie. Ja niestety nie i zdaję sobie sprawę, że to głównie z własnej winy. Mogę się tylko tłumaczyć tym, że byłam "młoda" i nieopierzona w światku blogowych i chciałam złapać kilka stron za ogon. Od tej pory zmieniłam już swoje podejście do "współprac" (i zdarzyło mi się na kilka propozycji odmówić) i określiłam mniej więcej tematykę tego bloga (co na blogu o kosmetykach z ciekawym składem robi post o okularach?!). Dlatego mam nadzieję, że mi tę moją skuchę wybaczycie.
Jakiś czas temu na blogach było zatrzęsienie postów z okularami od Firmoo. Wiem, że macie już ich dość, ale mój będzie trochę nietypowy ;).
Gdy w pierwszym tygodniu działania bloga dostałam maila od Antonia z pochwałami i propozycją współpracy, to ucieszyłam się niezmiernie... ale też moje ego podskoczyło do niebotycznych rozmiarów. Że niby ja już wielka blogerka jestem i firmy pchać się będą do mnie drzwiami i oknami :/. Oczywiście od razu się zgodziłam. Przestudiowałam całą ich stronę wzdłuż i wszerz. Następnego dnia dostałam specjalny link i instrukcję, jak zamawiać. Tak rozpoczęła się moja pierwsza blogowa współpraca!
Trochę się zastanawiałam, co ja mam zamówić, bo w sumie nic nie potrzebuję- mam dwie pary okularów korekcyjnych, które teraz mi służą jako zapasowe, bo się na soczewki przestawiłam. Mam również idealne, ulubione okulary przeciwsłoneczne. No ale w końcu obmyśliłam, że mogę jeszcze mieć przeciwsłoneczne korekcyjne ;).
No i tu pojawił się pierwszy zgrzyt- były do wyboru tylko dwie oprawki, przy czym ta damska tylko z białym przodem (na stronie dla normalnych klientów było ich kilkanaście w różnych kolorach). Nic to, pomyślałam że może jednak mi będą pasować, więc kliknęłam, wypełniłam swoje dane i czekałam na dalszą część formularza (jak to jest na stronie dla normalnych klientów, gdzie wybiera się takie opcje jak gradient, filtr UV, antyrefleks itp), ale okazało się że formularz już został wysłany. Więc napisałam maila do Antonia, jak to jest z tymi dodatkowymi usługami, to okazało się, że nie mieszczą się one w przeznaczonej kwocie. Ok, rozumiem, ale czy nie prościej byłoby napisać np. możesz zamówić okulary+dodatki za 50 dolarów, wtedy wiadomo czego oczekiwać.
Z niecierpliwością jednak oczekiwałam na przesyłkę, choć z nieco już mniejszym entuzjazmem. Paczka doszła po 3 tygodniach od złożenia zamówienia (można było śledzić przesyłkę, ekspresową jak na podróż z Chin do Krakowa). Tu drugi zgrzyt- paczka idzie z Chin, a ja nie wiem dlaczego, ale myślałam że to amerykańska firma. Później się zorientowałam, że faktycznie maile od Antonia przychodziły w godzinach 4.00-10.00 rano.
Zawartość przesyłki okazała się taka, jak na innych blogach: dwa etui (twarde i miękkie), ściereczka i zestaw majsterkowicza (od razu mąż zakosił, tłumaczy się, że od dawna potrzebował takiego małego śrubokręcika o dwóch różnych końcówkach). No i oczywiście okulary (nie widzę już tego modelu na ich stronie, więc nie podam linka):
-wykonane porządnie, plastik gładki i błyszczący, nic nie trzeszczy,
-pomimo że ten model miał na stronie szkła gradientowe (na górze ciemniejsze, na dole jaśniejsze), to nawet ta usługa nie została w moim przypadku uwzględniona- szkło jest jednolicie ciemne, co przy tak dużych okularach jest niezbyt twarzowe,
-raczej nie mają antyrefleksu,
-nie mają żadnej naklejki/etykiety co do deklarowanego filtra anty-UV, przestraszyłam sie, że są to w takim razie jedynie przyciemniane szkła a nie szkła przeciwsłoneczne- napisałam maila i Antonio zapewnił mnie, że mają ochronę anty-UV. Jako że to o zdrowie oczu chodzi, będę musiała się z tym pytaniem jednak wybrać do optyka- mam nadzieję, że można takie coś sprawdzić.
Ostatecznie doszłam do wniosku, że białe oprawki przy ciemnych szkłach to jednak nie to, ale problem jest już w trakcie rozwiązywania- wyciągnęłam szkła i oprawki czekają na malowanie farbą czarną w aerozolu :).
Podsumowując, same okulary wydają się być w porządku, moje uwagi co do nich wynikają raczej z niedopracowania formuły zamawiania okularów dla blogerów. Osoby zamawiające przez zwykłą stronę mają większy wybór i mogą sobie same zdecydować o dodatkach, więc raczej nie będą tak zawiedzione jak ja.
Jeśli chodzi o sam sklep internetowy to to jednak czterech liter nie urywa. Wybór na stronie jest mały (nawet dla normalnych klientów) i to raczej w kilku wiodących stylach, przesyłka idzie długo, a ceny według mnie nie są jakieś specjalnie konkurencyjne (mocno zawyżane przez usługi dodatkowe). Obsługa sklepu jest za to profesjonalna- wszystko chętnie wytłumaczą, pomogą i odpowiedzą na pytania.
Moje pozostałe dwie pary okularów (z trzech) zamawiałam w sklepach internetowych polskich: okulary korekcyjne ze szkłami cylindrycznymi Zeissa i różnymi powłokami kosztowały mnie 139zł, a okulary przeciwsłoneczne Solano z filtrem i polaryzacją 99zł- wybór był o wiele większy, a przesyłka szła kilka dni. Do każdych okularów dostawałam też twarde etui i ściereczkę, raz również płyn do czyszczenia.
Według mnie nie ratuje tego pomysłu (zamawiania z Chin) nawet możliwość wgrania swojego zdjęcia i wirtualnego "przymierzenia" okularów, gdyż to jednak i tak zawsze będzie na oko. Wielkość okularów w stosunku do twarzy czasami jest przekłamana, a to na jakiej wysokości są umieszczone zależy przecież od szerokości nosa i dopasowania nosków, a tego komputer ze zdjęcia nie zczyta. Jednak bardzo dobra jest baza zdjęć prawdziwych osób w prawdziwych okularach umieszczona na dole strony- i tym się należało sugerować. Jednak dopasowanie okularów to czasami trudna sprawa i zawsze się może zdarzyć, że nie będą na nas dobrze leżały... wtedy możemy je odesłać- i o ile to ma sens w przypadku sklepów polskich (koszt 6-8zł), to koszt przesyłki zwrotnej do Chin (60zł) raczej taką możliwość eliminuje.
Cieszę się, że większość z Was tę przygodę z firmą Firmoo wspomina pozytywnie. Ja niestety nie i zdaję sobie sprawę, że to głównie z własnej winy. Mogę się tylko tłumaczyć tym, że byłam "młoda" i nieopierzona w światku blogowych i chciałam złapać kilka stron za ogon. Od tej pory zmieniłam już swoje podejście do "współprac" (i zdarzyło mi się na kilka propozycji odmówić) i określiłam mniej więcej tematykę tego bloga (co na blogu o kosmetykach z ciekawym składem robi post o okularach?!). Dlatego mam nadzieję, że mi tę moją skuchę wybaczycie.
sobota, 12 stycznia 2013
Egzotyczne mydło nepalskie dla joginek- recenzja
Witajcie!
W listopadzie brałam udział (jak chyba wszyscy ;) w konkursie „Mydlany Tydzień Nepalski” na blogu Śliwki Robaczywki. Dzięki Ewelinie dostałam do testów egzotyczne mydło z serii Yogini prosto z Nepalu. O ile stosowałam już różne mydła, w tym mydła z glinką czy miodem, to mydła z mlekiem i dodatkiem ajurwedyjskich ziół w łapkach nigdy nawet nie trzymałam. Zaraz zaczęłam je oczywiście używać i myślę, że po miesiącu mogę już co nieco o nim powiedzieć
Yogini - Mleczno-różane mydło z Ashwagandha, czerwoną glinką i miodem
Filozofia marki:
Opis producenta:
Powstałe w Nepalu, a do jego stworzenia Wild Earth zainspirowała Joga. Jogini w starożytnych Indiach zwykli mieszkać w dzikich lasach i dżunglach, kąpiąc się w strumieniach i wodospadach. Błoto, zboża, mąka i popiół były często używane do złuszczenia i oczyszczenia skóry. Mydła Yogi i Yogini są bogate w ajurwedyjskie zioła tradycyjnie używane przez joginów. Dzięki temu przy okazji każdej kąpieli inspirują do przemyśleń i zadumy w trakcie podróży do głębi samego siebie.
W mydle użyto zioła Ashwagandha. Jest to zioło, które w naturalny sposób wzmacniają żeńską energię.
Delikatne mydełko do nawilżającej kąpieli zawierające nawilżające mleko, miód, oczyszczającą czerwoną glinkę i odmładzający olejek różany, dzięki czemu poza właściwościami myjącymi oraz aromatycznymi mydło działa pielęgnująco i kojąco na skórę.
Wytwarzane jest ręcznie przy użyciu tradycyjnej metody na zimno, zgodnie z zasadami Fair Trade. Nie testowane na zwierzętach.
Skład:
Skład na ulotce polskiej
woda, masło kokosowe, olej palmowy, olej słonecznikowy, oliwa z oliwek Ashwagandha, szparag lekarski, mleko krowie, czerwona glinka, miód himalajski, różany olejek zapachowy
Skład na ulotce angielskiej
Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Aqua, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Elaeis (Palm) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil infused with Withania Somnifera (Winter Cherry) Root, Asparagus Racemosus Root, Red Clay, Cow Milk Powder, Honey, Parfum, Geraniol, Citronellol
Oba składy przytoczyłam dla rzetelności, nie różnią się jednak zbytnio (jedynie kolejnością składników i obecnością oleju słonecznikowego). W mydle tym możemy znaleźć oczywiście:
-oleje (kokosowy, słonecznikowy, palmowy, z oliwy z oliwek),
-do tego ekstrakty z Withania Somnifera i szparaga lekarskiego (w tekstach ajurwedyjskich uznawane z pobudzające seksualnie, wzmacniające żeńską energię dzięki zawartości fitoestrogenów),
-oczyszczającą glinkę czerwoną,
-oraz nawilżające mleko i miód.
Cena/wydajność:
22,30zł za 80g, więc mniejsza kostka niż zazwyczaj. Podobnie kosztują przecież mydła Aleppo, a są około dwukrotnie/trzykrotnie większe, zaś mydło marsylskie można mieć już za 10zł.
Wydajność jest bardzo wysoka (z powodu twardości kostki), używam w różnych celach mydła od prawie miesiąca i praktycznie nie widać ubytku.
Mydło jest do kupienia w sklepie Blisko Natury.
Opakowanie:
Mydło opakowane zostało w folię, opaskę papierową z nazwą, składem i małym przesłaniem od firmy (po angielski). Następnie jest druga warstwa folii, na której jest naklejka z polskimi informacjami. A nie każda firma się pokusi o ten dodatek, więc za to duży plus.
Zapach:
Zapach typowo mydlany z dość silnym aromatem olejku różanego. Dlatego dla niektórych jest wadą (mężowi kojarzy się ze starą babcią), a dla innych zaletą (ja bardzo lubię ten zapach).
Konsystencja:
Z powodu braku gliceryny w składzie mydło jest twarde. Po umyciu odkładam je zawsze na spodeczek, co nie spowodowało mazistości, rozmiękczenia czy zmiany kształtu.
Konsystencja piany jest również bardzo zbita- nie jest to piana, a emulsja (jak w przypadku mydeł Aleppo). Bardzo łatwo wytworzyć dużą ilość takiej emulsji nawet bez użycia gąbki.
Działanie:
Testowałam je na wszystkich częściach ciała, stąd opis działania będzie podzielony.
-Na włosach nie spisało się kompletnie- po umyciu wydawały się jeszcze bardziej brudne, tłuste, sztywne. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że jest to kwestia twardej wody wypływającej z moich kranów. A nie mam cierpliwości, by myć włosy w wodzie źródlanej czy destylowanej, stąd dla mnie pomysł mycia włosów mydłem upada ostatecznie.
-Do okolic intymnych również się nie spisał, gdyż spowodował podrażnienie. Zdziwiło mnie to bardzo, gdyż w tych celach używałam już mydła Aleppo i nie było takich problemów. Najprawdopodobniej jest to wina olejków eterycznych w nim zawartych, które mogły się okazać zbyt agresywne.
-Użyłam mydła kilkunastokrotnie do mycia twarzy w dni po peelingach kwasowych. Spisało się bardzo dobrze. Nie podrażniło jeszcze bardziej skóry, a ją być może nawet delikatnie załagodziło. Nie wysuszyło.
-Najczęściej używam go do mycia ciała, gdyż w tej kwestii spisało się najlepiej. Skóra ciała po jego zastosowaniu była miękka i nieściągnięta. Nie pozostawia żadnej tłustej powłoczki, a i tak nie musiałam się od razu smarować balsamem czy oliwką. Do tego delikatnie, ładnie pachniała olejkiem różanym.
PS. nie zauważyłam działania pobudzającego seksualnie ;).
Czy kupię ponownie:
Trudne pytanie- wprawdzie z jednej strony cena jest dość wysoka. Ale z drugiej, ilu z Was zdarzyło się kupić żel pod prysznic/do kąpieli/do twarzy za 20zł. Mi się zdarzyło nieraz. W drogeriach znaleźć można nawet droższe specyfiki.
Na dodatek jest to produkt ekskluzywny, z wieloma dobroczynnymi dodatkami. Nie tylko myje, ale i odżywia skórę. I nie płacimy tu za reklamę/etykietkę, co za niesamowitą historię, która się kryje za tymi mydłami. I ta historia jest jak najbardziej warta tej ceny.
Dlatego uważam, że to jest taki kosmetyk na prezent dla mamy, siostry, przyjaciółki albo żeby go ktoś nam sprezentował. A podczas dawania prezentu należałoby opowiedzieć o tym, gdzie i jak i z czego jest wytwarzany. A potem tylko zanurzyć się w marzeniach o dalekich podróżach podczas kąpieli...
Ocena:
4+/5 (jak znajdę nawilżające mydło do wszystkiego, to ono wtedy dostanie maksymalną notę).
Udało Wam się wygrać nepalskie mydełko? Stosowałyście może i możecie polecić jakiś inny kosmetyk z tej egzotycznej części świata?
W listopadzie brałam udział (jak chyba wszyscy ;) w konkursie „Mydlany Tydzień Nepalski” na blogu Śliwki Robaczywki. Dzięki Ewelinie dostałam do testów egzotyczne mydło z serii Yogini prosto z Nepalu. O ile stosowałam już różne mydła, w tym mydła z glinką czy miodem, to mydła z mlekiem i dodatkiem ajurwedyjskich ziół w łapkach nigdy nawet nie trzymałam. Zaraz zaczęłam je oczywiście używać i myślę, że po miesiącu mogę już co nieco o nim powiedzieć
Yogini - Mleczno-różane mydło z Ashwagandha, czerwoną glinką i miodem
Filozofia marki:
Każda kostka mydła jest ręcznie wytwarzana w Nepalu przy
wykorzystaniu techniki na zimno przez kobiety wywodzące się z biednych, odległych społeczności, które
pracują teraz w Katmandu. Rośliny są pozyskiwane tak, aby ich zasoby
mogły się zregenerować, handel odbywa się z poszanowaniem zasad
poszczególnych społeczności a ludzie mają zapewnione miejsca pracy w
których panuje szacunek i godność. Aby zapewnić czystość i jakość produktu, mydła są wytwarzane w małych
partiach przy użyciu najlepszych mieszanin olejów i ziół. Po sezonowaniu
mydeł przez co najmniej miesiąc, są one cięte i etykietowane ręcznie. Mydła te nie są testowane na zwierzętach, lecz na rodzinie i przyjaciołach (więcej o procesie produkcji Wild Earth).
Opis producenta:
Powstałe w Nepalu, a do jego stworzenia Wild Earth zainspirowała Joga. Jogini w starożytnych Indiach zwykli mieszkać w dzikich lasach i dżunglach, kąpiąc się w strumieniach i wodospadach. Błoto, zboża, mąka i popiół były często używane do złuszczenia i oczyszczenia skóry. Mydła Yogi i Yogini są bogate w ajurwedyjskie zioła tradycyjnie używane przez joginów. Dzięki temu przy okazji każdej kąpieli inspirują do przemyśleń i zadumy w trakcie podróży do głębi samego siebie.
W mydle użyto zioła Ashwagandha. Jest to zioło, które w naturalny sposób wzmacniają żeńską energię.
Delikatne mydełko do nawilżającej kąpieli zawierające nawilżające mleko, miód, oczyszczającą czerwoną glinkę i odmładzający olejek różany, dzięki czemu poza właściwościami myjącymi oraz aromatycznymi mydło działa pielęgnująco i kojąco na skórę.
Wytwarzane jest ręcznie przy użyciu tradycyjnej metody na zimno, zgodnie z zasadami Fair Trade. Nie testowane na zwierzętach.
Skład:
Skład na ulotce polskiej
woda, masło kokosowe, olej palmowy, olej słonecznikowy, oliwa z oliwek Ashwagandha, szparag lekarski, mleko krowie, czerwona glinka, miód himalajski, różany olejek zapachowy
Skład na ulotce angielskiej
Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Aqua, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Elaeis (Palm) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil infused with Withania Somnifera (Winter Cherry) Root, Asparagus Racemosus Root, Red Clay, Cow Milk Powder, Honey, Parfum, Geraniol, Citronellol
Oba składy przytoczyłam dla rzetelności, nie różnią się jednak zbytnio (jedynie kolejnością składników i obecnością oleju słonecznikowego). W mydle tym możemy znaleźć oczywiście:
-oleje (kokosowy, słonecznikowy, palmowy, z oliwy z oliwek),
-do tego ekstrakty z Withania Somnifera i szparaga lekarskiego (w tekstach ajurwedyjskich uznawane z pobudzające seksualnie, wzmacniające żeńską energię dzięki zawartości fitoestrogenów),
-oczyszczającą glinkę czerwoną,
-oraz nawilżające mleko i miód.
Cena/wydajność:
22,30zł za 80g, więc mniejsza kostka niż zazwyczaj. Podobnie kosztują przecież mydła Aleppo, a są około dwukrotnie/trzykrotnie większe, zaś mydło marsylskie można mieć już za 10zł.
Wydajność jest bardzo wysoka (z powodu twardości kostki), używam w różnych celach mydła od prawie miesiąca i praktycznie nie widać ubytku.
Mydło jest do kupienia w sklepie Blisko Natury.
Opakowanie:
Mydło opakowane zostało w folię, opaskę papierową z nazwą, składem i małym przesłaniem od firmy (po angielski). Następnie jest druga warstwa folii, na której jest naklejka z polskimi informacjami. A nie każda firma się pokusi o ten dodatek, więc za to duży plus.
Zapach:
Zapach typowo mydlany z dość silnym aromatem olejku różanego. Dlatego dla niektórych jest wadą (mężowi kojarzy się ze starą babcią), a dla innych zaletą (ja bardzo lubię ten zapach).
Konsystencja:
Z powodu braku gliceryny w składzie mydło jest twarde. Po umyciu odkładam je zawsze na spodeczek, co nie spowodowało mazistości, rozmiękczenia czy zmiany kształtu.
Konsystencja piany jest również bardzo zbita- nie jest to piana, a emulsja (jak w przypadku mydeł Aleppo). Bardzo łatwo wytworzyć dużą ilość takiej emulsji nawet bez użycia gąbki.
Działanie:
Testowałam je na wszystkich częściach ciała, stąd opis działania będzie podzielony.
-Na włosach nie spisało się kompletnie- po umyciu wydawały się jeszcze bardziej brudne, tłuste, sztywne. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że jest to kwestia twardej wody wypływającej z moich kranów. A nie mam cierpliwości, by myć włosy w wodzie źródlanej czy destylowanej, stąd dla mnie pomysł mycia włosów mydłem upada ostatecznie.
-Do okolic intymnych również się nie spisał, gdyż spowodował podrażnienie. Zdziwiło mnie to bardzo, gdyż w tych celach używałam już mydła Aleppo i nie było takich problemów. Najprawdopodobniej jest to wina olejków eterycznych w nim zawartych, które mogły się okazać zbyt agresywne.
-Użyłam mydła kilkunastokrotnie do mycia twarzy w dni po peelingach kwasowych. Spisało się bardzo dobrze. Nie podrażniło jeszcze bardziej skóry, a ją być może nawet delikatnie załagodziło. Nie wysuszyło.
-Najczęściej używam go do mycia ciała, gdyż w tej kwestii spisało się najlepiej. Skóra ciała po jego zastosowaniu była miękka i nieściągnięta. Nie pozostawia żadnej tłustej powłoczki, a i tak nie musiałam się od razu smarować balsamem czy oliwką. Do tego delikatnie, ładnie pachniała olejkiem różanym.
PS. nie zauważyłam działania pobudzającego seksualnie ;).
Czy kupię ponownie:
Trudne pytanie- wprawdzie z jednej strony cena jest dość wysoka. Ale z drugiej, ilu z Was zdarzyło się kupić żel pod prysznic/do kąpieli/do twarzy za 20zł. Mi się zdarzyło nieraz. W drogeriach znaleźć można nawet droższe specyfiki.
Na dodatek jest to produkt ekskluzywny, z wieloma dobroczynnymi dodatkami. Nie tylko myje, ale i odżywia skórę. I nie płacimy tu za reklamę/etykietkę, co za niesamowitą historię, która się kryje za tymi mydłami. I ta historia jest jak najbardziej warta tej ceny.
Dlatego uważam, że to jest taki kosmetyk na prezent dla mamy, siostry, przyjaciółki albo żeby go ktoś nam sprezentował. A podczas dawania prezentu należałoby opowiedzieć o tym, gdzie i jak i z czego jest wytwarzany. A potem tylko zanurzyć się w marzeniach o dalekich podróżach podczas kąpieli...
Ocena:
4+/5 (jak znajdę nawilżające mydło do wszystkiego, to ono wtedy dostanie maksymalną notę).
Udało Wam się wygrać nepalskie mydełko? Stosowałyście może i możecie polecić jakiś inny kosmetyk z tej egzotycznej części świata?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






