środa, 19 grudnia 2012

Płacenie za zakupy na eBay'u, czyli o PayPal słów kilka

Witajcie!

Po napisaniu posta o zaletach eBay'a, podatkach i cłach dostałam od Was wiadomości, żeby jeszcze napisać, jak wygląda płacenie za zakupy na tym serwisie aukcyjnym. Post będzie szybki i krótki, bo to dużo prostsza sprawa niż podatki, cła i tym podobne :).
Opiszę więc zasady panujące na PayPalu, gdyż to ten serwis umożliwia nam zakupy na eBay'u (nawet nie wiem, czy jakoś inaczej można tam płacić ;).

Więc czym jest PayPal? To rodzaj cyfrowej portmonetki- poprzez ten serwis można płacić za zakupy internetowe na eBay'u, jak również w wielu innych sklepach w Polsce i na świecie bez martwienia się o rodzaj waluty. Do tego ma bardzo dobry program ochrony kupujących, o którym pisałam już w poście o eBay'u.

Znowu raczej chyba nie ma sensu pisać o tym, jak zarejestrować się, gdyż również ten serwis (podobnie jak eBay) jest dostępny po polsku.

Natomiast ważne są dwa następne kroki (do wykonania jednorazowo już po założeniu konta):

1. Powiązanie konta eBay z kontem PayPal

Oczywiście mamy już założone konto eBay oraz konto PayPal. Wchodzimy na "Mój eBay", wybieramy zakładkę "Konto", po lewej wybieramy "Konto PayPal". Na środku pojawi nam się przycisk "Dołącz konto PayPal"- naciskamy i logujemy się na swoje konto PayPal. Pierwszy krok gotowy.


2. Powiązanie konta PayPal z kontem bankowym

Krok drugi określa sposób, w jaki zasilane będzie konto PayPal i może być wykonany na dwa sposoby:

a) Możemy powiązać konto PayPal z naszym zwykłym najzwyklejszym kontem bankowym (nie musimy mieć nawet do niego wydanej karty płatniczej), wtedy w celu zasilenia konta mamy opcję dokonania przelewu: dostajemy numer konta do wpłaty i indywidualny identyfikator i robimy przelew na wybraną przez nas kwotę.
Gdy pieniądze pojawią się na koncie PayPal, możemy zrobić zakupy na eBay, przy danym przedmiocie nacisnąć "Zapłać teraz", wybrać formę płatności (wybieramy PayPal) i, jeśli kwotę taką mamy już na koncie, to tylko potwierdzamy i gotowe.



b) Drugi sposób to powiązanie naszego konta Pay Pal dodatkowo z kartą płatniczą umożliwiającą zakupy internetowe (debetowa, która ma z tyłu taki dodatkowy kod lub karta kredytowa). Wtedy nie trzeba robić wcześniej przelewu, nie trzeba podawać każdorazowo żadnych danych. Po prostu po kupieniu czegoś na eBay'u wybieramy formę płatności, zatwierdzamy kwotę i gotowe. Pieniądze zostają same pobrane z naszego konta.


Podsumowując, sposób w jaki zostaną pobrane od nas pieniądze zależy od tego, czy powiążemy nasze konto z naszym rachunkiem bankowym, czy również z kartą do niego przypisaną.

Uwagi:
-z naszego konta bankowego pobierane są złotówki, które na koncie PayPal są automatycznie przeliczane na dolary, a na konto odbiorcy wpływa dowolna waluta (na eBay większość płatności to dolary w przypadku innych kontynentów niż Europa),
-nie ponoszone są za to żadne dodatkowe opłaty; jedyny minus to fakt, że kurs walut jest odrobinę mniej korzystny niż kurs NBP,
-konto eBay, konto Paypal oraz konto bankowe muszą być zarejestrowane na te same dane:
to znaczy, że nie możemy w koncie eBay podać swoich danych, a w koncie PayPal podać danych i numeru konta mamy (nawet jeśli się zgadza)- jeżeli przysłowiowa mama się zgadza to już konto eBay należy założyć na jej dane- wtedy na jej dane będą również przychodziły paczuszki
- płatność PayPal jest objęta ich programem ochrony kupujących, a sprzedawca nie ma dostępu do naszego numeru konta czy karty, co uniemożliwia ich nieautoryzowane wykorzystanie (czytaj: kradzież).

Mam nadzieję, że jest to w miarę jasno przeze mnie wytłumaczone (jak nie, to piszcie). Ogólnie po wykonaniu obu procedur logowanie się na konto PayPal nie jest w ogóle konieczne- wszystko da się wykonać tylko poprzez konto eBay. Można wręcz zapomnieć o jego istnieniu ;).


PS. choinki nadal nie mam, bo były albo brzydkie albo drogie :(, natomiast dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak Nadleśnictwo, gdzie sprzedawane są choinki w najniższej cenie i największym asortymencie- jutro z rana wyprawa :).

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Bioderma Matricium i moje trzy grosze

Witajcie po weekendzie!

Jak Wam idą przygotowania do Świąt? Ja na jutro planuję wyprawę po choinkę, ubieranie jej oraz późniejsze pilnowanie, co by koty się po niej nie wspinały :).
Tymczasem bardziej kosmetycznie, to ponad 2 tygodnie temu dostałam tego samego dnia 2 zestawy startowe ampułek Matricium marki Bioderma. Bardzo byłam ciekawa ich działania, bo dotąd kosmetyki tej marki (głównie seria Sebium) jakoś nie przypadły mi do gustu. Zużyłam je już praktycznie do końca, więc muszę Wam opowiedzieć o moich wrażeniach.


Opis producenta:
MATRICIUM® to pierwszy wyrób medyczny działający na przyczyny starzenia się skóry. Dostarcza jej niezbędne substraty, zapewniając optymalne środowisko do regeneracji i odnowy komórkowej. Stymuluje syntezę komórek i przywraca im naturalne funkcje życiowe:
- stymuluje namnażanie się komórek naskórka (keratynocytów) i jego odbudowę,
- zwiększa syntezę fibroblastów odpowiedzialnych za produkcję włókien kolagenu i elastyny, zapewniających elastyczność i sprężystość skóry,
- chroni przed działaniem wolnych rodników.
MATRICIUM® złożone jest z 63 biomimetycznych (występujących naturalnie w skórze) składników aktywnych, które są w 100% przyswajane przez skórę. Nie zawiera żadnych substancji kosmetycznych (konserwantów, alkoholu, substancji zapachowych, barwników), preparat zapewnia całkowite bezpieczeństwo stosowania nawet w przypadku cery wrażliwej i bezpośrednio po zabiegach medycznych.
Wskazany jest w terapii dermatologicznej, w przypadku zabiegów laserowych, peelingów, dermabrazji a także w przypadku miejscowych podrażnień spowodowanych przez takie czynniki jak: słońce, wiatr, zimno i zaburzenia hormonalne.
Matricium posiada międzynarodowy patent i europejski status wyrobu medycznego. Działanie poparte jest 14 latami badań i aż 74 badaniami klinicznymi.
Więcej o produkcie można przeczytać tu.

Skład:
AQUA, SODIUM CHLORIDE, GLUCOSE, SODIUM HYALURONATE, ALANYL GLUTAMINE, DISODIUM PHOSPHATE, ARGININE HCL, SODIUM ACETATE, LACTIS PROTEINUM, SERINE, LEUCINE, MAGNESIUM CHLORIDE, POTASSIUM CHLORIDE, MANNITOL, FRUCTOOLIGOSACCHARIDES, RHAMNOSE, XYLITOL, VALINE, SODIUM PYRUVATE, LYCINE HCL, HISTIDINE HCL, PROLINE, CYSTEINE HCL, HYDROXYPROLINE, GLUTAMIC ACID, ASPARGINE, THREONINE, INOSITOL, ADENINE, ALANINE, ASPARTIC ACID, GLYCINE, METHIONINE, TYROSINE, PHENYLALANINE, TRYPTOPHAN, LACTIC ACID, ISOLEUCINE, SODIUM SULFATE, FOLIC ACID, FERROUS SULFTAE, CALCIUM PANTOTHENATE, THIAMINE HCL, PYRIDOXINE HCL, NIACYNAMIDE, ASCORBIC ACID, THYMIDINE, CYANOCOBALAMIN, THIOCTIC ACID, RIBOFLAVIN, SODIUM METASILICATE, ZINC SULFATE, ADENOSINE, GUANINE, DEOXYRIBOSE, RIBOSE, BIOTIN, AMMONIUM MOLYBDATE, AMMONIUM VANADATE, COPPER SULFATE, MANGANESE CHLORIDE.

Składniki to głównie:
- peptydy - zbudowane z aminokwasów, stymulują naturalny wzrost komórek skóry,
- aminokwasy - są niezbędne w procesie podziału komórek. Są także wykorzystywane w trakcie syntezy protein (np. kolagen i elastyna),
- sole mineralne - katalizatory biologicznych reakcji skóry. Dzięki zdolności wiązania cząsteczek wody, wspomagają utrzymanie równowagi osmotycznej i odpowiedniego nawilżania naskórka,
-pierwiastki śladowe - niezbędne do reakcji chemicznych zachodzących w organizmie,
-witaminy - zaangażowane w podział komórek, mają działanie regenerujące naskórek,
-węglowodany - niezastąpione źródło energii dla wszystkich procesów biologicznych, w szczególności dla regeneracji komórek i tkanek, a tym samym dla gojenia się ran,
-kwas hialuronowy - stanowi jedną z kluczowych substancji w utrzymywaniu gęstości, jędrności i nawilżania skóry,
- nukleotydy - główne składniki struktury DNA, odgrywają kluczową rolę w podziale komórek.


Cena/wydajność:
Cena to ok. 150-240zł za 30 ampułek starczających na miesięczną kurację. Kuracji, według producenta, powinno się wykonywać 4 w roku. Czyli nominalnie powinniśmy wydać ponad 800zł na te ampułki. Hmm, czy określenie "drogo" będzie wystarczające? Swoimi czasy za 800zł to udało mi się wyjechać na wakacje na południe Europy (choć przyznaję, że miały charakter trampingowy :).
Druga rzecz, to fakt, że nie spotkałam się nigdzie z możliwością kupienia takiego zestawu startowego w otwartej sprzedaży, a przy takiej cenie warto byłoby wypróbować, czy nasza skóra nie reaguje negatywnie na produkt.
Jeżeli chodzi o wydajność, to jedna ampułka może starczyć na dwa zastosowania. U mnie starczyć by mogła spokojnie na trzy zastosowania na twarz i szyję, jednak jest to trudne, gdyż otwartą ampułkę należy zużyć w ciągu 12 godzin. Wołałabym więc np. więcej ampułek 0,5 mililitra.


Zapach:
Brak zapachu (ale mi słoń na nos również nadepnął ;).

Konsystencja:
Jak śliska woda, to znaczy coś pomiędzy wodą (przezroczysty, lejący się) a żelem (na twarzy robi się śliski).


Komfort użytkowania:
Tu przeszkadzały mi dwie rzeczy:
-nieprzezroczysta ampułka, przez co za każdym razem nie wiedziałam ile wykorzystać, żeby starczyło na 2 zastosowania ( a nie na 1,5 czy 3),
-ciężko się nakładało żel, gdyż przelewał się między palcami.
Za to spodobała mi się forma plastikowych ampułek o tyle, że nie bałam się, że się pokaleczę podczas otwierania. Dodatkowo dziubek był o tle fajnie zrobiony, że otwartą ampułkę można była z powrotem zamknąć.
Płyn bardzo szybko wchłania się w skórę, nie pozostawiając ani tłustej ani lepkiej warstwy. Nie pozostawia również uczucia nawilżenia, dlatego zazwyczaj nakładałam na niego również krem nawilżający.


Działanie:
Z powodu takiego składu tego specyfiku byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do tego produktu. Niestety już po 3 ampułce odstawiłam produkt, gdyż miałam podejrzenie, że mnie zapycha. Po kilku dniach znowu spróbowałam i znowu po dwóch ampułkach pojawiać się zaczęły krostki w okolicach policzków. Odstawiłam i zastanawiałam się, jak to możliwe przy takim składzie?! Znalazłam jeszcze kilka recenzji z tym samym problemem, co mój, więc uznałam, że chyba raczej mi się nie przywidziało. Doszłam do wniosku, że to wina dużego stężenia kwasu hialuronowego, najprawdopodobniej wielkocząsteczkowego (tego, który się nie wchłania, tylko tworzy warstwę okluzyjną). Po doczytaniu instrukcji produktu, faktycznie wspominają oni również o takim działaniu.
Jako, że nie chciałam już stosować produktu codziennie na całą twarz, kolejne kilka ampułek zużyłam, stosując tylko na okolice oczu. Nie podrażnił, nie uczulił, co bardzo sobie chwalę. I tu zaczęłam widzieć bardzo szybko pierwsze efekty- skóra stała się bardziej napięta, zmarszczki mimiczne tak jakby się wypełniły. Jednak stosowanie w ten sposób jest dosyć uciążliwe- nie chciałam wyrzucać produktu, więc używam po południu po zmyciu makijażu, smarując się kilka razy aż do pójścia spać.
Na koniec, postanowiłam zastosować resztkę ampułki, która mi została po zastosowaniu na oczy- na twarz po moim ostatnim peelingu kwasowym. I tu objawienie- skóra była dużo mniej napięta po peelingu, po złuszczeniu się była mniej czerwona, a od razu taka gładka i bladziutka. W ten sposób mam zamiar zużyć pozostałe dwie ampułki.


Czy kupię ponownie:
Nie żałuję testowania, nie jestem zawiedziona działaniem produktu (gdyż sprawdził się po peelingu i pod oczami), ale za taką cenę spodziewałabym się oszałamiających, olśniewających efektów. Zdecydowanie nie kupię sama ampułek- za taką cenę wolę zaopatrzyć się w cały asortyment sklepu z półproduktami o nazwie na Z... :).

Ocena:
3+/5

Produkt w postaci dwóch zestawów startowych dostałam po jednym: od Maliny (pierwszy produkt, który dostałam do testowania w ramach uczestnictwa w Malinowym Klubie) i na rozdaniu u Angelisiak, którym serdecznie dziękuję :)

PS. obiecuję, że jutro pojawi się notka o Paypalu- nie zapomniałam :)

PS2. wie ktoś może, gdzie w Krakowie można kupić żywą choinkę- tzn chodzi mi o typ miejsc (hipermarkety budowlane, jakieś bazarki czy gdzie)?

piątek, 14 grudnia 2012

Ebay, darmowa wysyłka i cło- jak to z tym jest?

Niedawno pokazywałam Wam narzędzie do zaskórników, które kupiłam na ebay'u, a jeszcze niedawniej pochwaliłam się szczoteczką do twarzy kupioną w Rossmannie, bo ta z ebay'a nie doszła. Nie są to jedyne zakupy z zagranicy, gdyż bardzo lubię ten serwis aukcyjny. Kupiłam za jego pośrednictwem już kilka azjatyckich kosmetyków oraz ubrań. Cieszę się, gdyż daje mi on dostęp do czasem nietypowych produktów z Azji w niskich cenach. Co powiecie na zestaw pędzli do makijażu za 3 zł? Albo olejki Ikarov za 15 zł już z przesyłką? Wielu z Was spodobała się również nakładka na suszarkę za 14 zł.
Z odwiedzin na Waszych blogach wiem jednak, że niektóre z Was boją się robić tam zakupy, gdyż nie wiedzą , ile będą musiały zapłacić za przesyłkę albo za cło... Jak to jest z tymi zakupami na ebay'u?

O tym, jak się zarejestrować, nie będę chyba pisać, bo wszystko jest standardowe i po polsku.

Jeśli chcemy przeszukać cały serwis, to oprócz wpisania słów kluczowych w pasku wyszukiwania, ważne jest też zaznaczenie, czy wyszukiwanie ma objąć tylko sprzedawców z Polski, z Europy czy z całego świata. Opcja "cały świat" jest oczywiście najciekawsza ;).


No dobrze, weszliśmy na ebay'a, znalazłyśmy ciekawy produkt i chcemy zamówić. Ale czy oni wysyłają do Polski? I ile to będzie kosztować?

Moja wyszukiwarka ma już ustawienie na Polskę (przeglądam serwis zawsze zalogowana) i widoczne koszty dostawy to są rzeczywiste koszty dostawy do Polski.


Zawsze możemy się upewnić, klikając na zakładkę "Wysyłka i płatności": widzimy tam do jakich krajów produkt nie jest wysyłany i czasami widoczne są również różne sposoby wysyłki.


A co oznaczają takie nazwy:
Economy International Shipping- oznacza najtańszą przesyłkę nierejestrowaną (w zależności od wielkości do nas dochodzi jako paczka lub jako list, natomiast nie ma ona żadnego numeru nadania).
Standard International Shipping- u niektórych sprzedawców oznacza to samo co poprzednia, a u innych oznacza przesyłkę poleconą (z numerem nadania), choć nigdy jeszcze numer ten nie pozwalał mi śledzić przesyłki . Jak jest u danego sprzedawcy, to zazwyczaj widać w opisie na stronie.
Na przykład u tego sprzedawcy Standard Int'l Shippng oznacza przesyłkę rejestrowaną:


Expedited International Shipping- oznacza paczkę zawsze z numerem nadania, zazwyczaj jeszcze można taką przesyłkę śledzić na jakiejś stronie internetowej.
W przypadku sprzedawców z Azji to są główne metody wysyłki. Inaczej sprawa wygląda np. z USA.

Uwagi:
-u sprzedawców z Azji faktycznie przesyłki ekonomiczne (nierejestrowane) są praktycznie zawsze darmowe, czasem mają opcję dopłaty ok. 2$ za przesyłkę rejestrowaną, ale nierzadko również taka przesyłka jest darmowa.
-ja na początku szukałam sprzedawców, którzy w opisie zaznaczyli, że mają przesyłki rejestrowane, ale jak zamówiłam szczoteczkę do twarzy (o wartości ok. 3 zł), to mi się nie chciało dopłacać do takiej przesyłki i zostałam przy przesyłkę nierejestrowanej. Faktycznie nie doszła, dostałam od razu zwrot pieniędzy i czego się dzięki temu dowiedziałam:

Na ebay to sprzedający ma obowiązek udowodnić, że odbiorca odebrał przesyłkę, jeśli tego nie zrobi to PayPal automatycznie zwraca pieniądze kupującemu. Oznacza to, że jeśli nie dostaniesz przesyłki, bo zaginęła (obojętnie, czy była rejestrowana czy nierejestrowana) to zostają Ci zwrócone pieniądze. Nie musisz zgłaszać tego na policję (jak na allegro), ani nic, wystarczy, że w formularzu sporu napiszesz, że przesyłka nie dotarła. 
Oraz nie musisz czekać na łaskę sprzedającego, czy faktycznie Ci zwróci pieniądze, gdyż to Paypal automatycznie je zajmuje i zwraca na Twoje konto. 
Jedyny warunek to przestrzegać terminu 45 dni na założenie sprawy od dnia dokonania transakcji.

Dla mnie takie warunki oznaczają dużo bezpieczniejsze zakupy niż na Allegro, gdzie nieraz musiałam się użerać ze sprzedającym, czy faktycznie przesyłkę wysłał, dlaczego nie podaje numeru nadania albo zwleka z obiecanym zwrotem pieniędzy.

No dobra, znaleźliśmy już coś fajnego, sprawdziliśmy cenę, sprawdziliśmy koszty wysyłki i chcemy kupić. Ale co z innymi opłatami? Co, gdy zamiast się cieszyć z nowych kosmetyków, dostaniemy list od Izby Celnej, że musimy dopłacić do przesyłki!? Jak to z tym jest?

Uwagi na początek:
-skąd celnicy wiedzą, jaka jest wartość paczki? Na każdej przesyłce spoza Unii Europejskiej musi być naklejony formularz celny, na którym wpisuje się rodzaj produktu i wartość przesyłki. Stąd wiedzą ;).
-wartość przesyłki to wartość produktu oraz koszt wysyłki towaru, jeśli za produkt zapłaciliśmy 10 EURO, a wysyłka kosztowała nas 5 EURO, to wartość paczki to 15 EURO.
-rodzaj produktu to np. "cosmetics".
-skupiam się na przesyłkach zawierających kosmetyki (przesyłki z alkoholem, tytoniem i perfumami kierują się trochę innymi zasadami- czasem dochodzi jeszcze akcyza do zapłacenia).
-wszelkie opłaty dotyczą przesyłek spoza Unii Europejskiej, czyli np. USA czy Azji.
-mówię o przesyłkach adresowanych do osób prywatnych- czyli że nie jesteśmy firmą importującą produkt przeznaczony na handel.
-pamiętajmy, że opłaty celne są uiszczane przez odbiorcę przesyłki, ale zawsze może on odmówić jej odbioru- wtedy przesyłka wraca do nadawcy.

CŁO
Przesyłki o wartości do 150 EURO są zwolnione z cła, jeżeli przesyłka ma wyższą wartość to cło nalicza się zazwyczaj w wysokości 2,5% wartości przesyłki. Myślę więc, że rzadko która z nas zamówiłaby coś o tak dużej wartości, więc cłem nie musimy się martwić. Niestety to jeszcze sprawy nie załatwia.

VAT
Przesyłki spoza UE mogą zostać objętym podatkiem VAT, którego wysokość w przypadku kosmetyków to zazwyczaj 23% (czyli, jeśli będziemy musieli zapłacić ten podatek, to nasze produkty podrożeją w praktyce o prawie 1/4 ceny).
Kiedy się nalicza podatek VAT? To jest trochę bardziej skomplikowane, gdyż wartość paczki, od której nalicza się tą opłatę, zależy od tego, od kogo ją dostajemy.

Jeżeli dostajemy paczkę od osoby prywatnej (np. od rodziny- czyli np. mamy rodzinę w USA, do której poszła paczka z upatrzonego przez nas sklepu, a ona dopiero wysyła ją do nas), to na formularzu celnym taka przesyłka jest oznaczona jako "upominek" ("gift"). Gdy wtedy nasza przesyłka jest o wartości do 45 EURO, to na pewno nie zapłacimy podatku VAT.
Podsumowując.
-dostajemy przesyłkę od osoby prywatnej o wartości:
do 45 EURO- nie płacimy nic
od 45 do 150 EURO- płacimy podatek VAT nie od całej jej wartości
powyżej 150 EURO- płacimy VAT oraz cło.

W przypadku, gdy zamówiliśmy coś ze sklepu internetowego, te kwoty przestawiają się inaczej.
Według prawa, jeśli dostajemy towar ze "sprzedaży wysyłkowej" to tylko przesyłka o wartości do 10 EURO jest zwolniona z podatku. (I tu duża ciekawostka, sprzedawcy internetowi wiedzą o tym i zazwyczaj nie umieszczają na formularzu celnym informacji o numerze zamówienia oraz zaznaczają rodzaj produktu jako "gift" i wtedy ta kwota zwiększa się do 22 EURO).
Podsumowując.
-dostajemy paczkę od sklepu o wartości:
do 22 EURO- nie płacimy nic
od 22 do 150 EURO- płacimy podatek VAT od całej wartości zamówienia
powyżej 150 EURO- płacimy VAT oraz cło.

Uwagi na temat podatku VAT:
-wielu sprzedawców na ebay obchodzi przepisy i można ich poprosić o wysłanie przesyłki jako osoba prywatna (trzeba się pytać przed zalicytowaniem), inaczej zazwyczaj wyślą jako sklep, ale zaznaczając "gift",
-z analizy wypowiedzi internautów wynika, że większości przesyłek od sklepów o wartości do 45 EURO i tak celnicy nie łapią- aczkolwiek tu zawsze można mieć pecha :(.

(źródło: http://www.katowice.ic.gov.pl/prawo/poczta/broszura-poczta.pdf oraz 2 rozmowy z Izbą Celną- pani była bardzo niemiła, jakby chciała coś zataić, pan za to był bardziej kontaktowy ;)

Mam nadzieję, że rozwiałam parę wątpliwości i zakupy na ebay choć dla niektórych z Was nie będą już taką niewiadomą ;). Jeżeli coś jest niejasne albo o czymś nie napisałam, to dajcie znać! :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Salicylkiem mizianie się po twarzy :)

Jak wiecie już pewnie, mam dosyć problemową skórę twarzy. Przez lata męczyłam się z trądzikiem, stosowałam wiele specyfików- po niektórych było lepiej, ale nigdy dobrze. Od jakiegoś czasu stosuję własną metodę leczenia (choć w porozumieniu z jednym miłym dermatologiem) i oprócz używania zamiennie na noc retinoidów i kwasu azelainowego (post o tym tu), które mają zmniejszyć ilość zmian zapalnych, zaczęłam sobie robić regularne peelingi kwasowe, które mają pomóc pozbyć się zaskórników i grudek.

Z kwasami mam już do czynienia od wielu lat, większość z nich już próbowałam (Effaclar, Diacneal, Viviean, Glyco-A, Sebo-Almond, kwas glikolowy 10%, kwas migdałowy 40%) i nigdy nie było żadnego, dosłownie żadnego widocznego efektu... ani jednej złuszczonej skórki. Dlatego postanowiłam tej zimy wypróbować kwas salicylowy w nieco większym stężeniu. Poczytałam trochę (głównie z Laboratorium Urody), zaopatrzyłam się w składniki i opracowałam sobie plan złuszczania:


-do peelingu na spirytusie potrzebowałam spirytus, kas salicylowy, miarkę 0,15ml, kroplomierz do 2 ml, plastikowy pojemniczek i plastikowe mieszadełko
-postanowiłam robić peelingi co dwa tygodnie od listopada do marca, dzięki czemu wyjdzie ok. 10 zabiegów
-chciałam zacząć od stężenia 10% i ewentualnie w trakcie dojść do 20%
-oczywiście w czasie trwania kuracji używam filtru SVR Lysalpha SPF50
-skórę przygotowałam już wcześniej poprzez używanie toniku z kwasami AHA/BHA z Biochemii Urody.

To tyle założeń, a problem z jakimi przyszło mi się zmierzyć to kwestia stężenia- według kalkulatora stężeń (tu) do otrzymania 7ml roztworu 10% powinnam wziąć 6,6ml spirytusu i 0,4ml kwasu. Na wizażu wyszło jednak, że kwas z Mazideł czy ZSK ma inny ciężar nasypowy i proporcje dla 7ml 10% roztworu powinny wyglądać tak: 6ml spirytusu i 1ml kwasu (tu i tu).
Ja mam kwas o nieznanym ciężarze (z apteki), więc postanowiłam dla bezpieczeństwa przyjąć te mniejsze proporcje. Robiłam również połowę ilości (3,5ml) i wystarczyło mi to na całą twarz i szyję w 2 warstwach (choć zmniejszanie porcji nie jest konieczne, gdyż rozrobiony kwas można trzymać w lodówce przez kilka tygodni, ja jednak wolę świeże porcje, gdyż nigdy nie wiadomo, czy nie będę chciała zmienić stężenia).

Wykonałam już 3 peelingi według tego schematu (wszystkie o 10% stężeniu).

Jakie są moje wrażenia:
-kwas rozpuszcza się momentalnie i się nie wytrąca, więc przygotowanie jest proste jak drut,
-podczas nakładania skóra niemiłosiernie piecze (musiałam się powachlować). ale trwa to niecałą minutę od nałożenia a później przechodzi,
-nakładałam małym pędzelkiem, gdyż tak wydaje mi się najdokładniej i najwygodniej,
-po nałożeniu skóra jest lekko zaróżowiona i to znika dopiero następnego dnia rano,
-nawet przy drugiej warstwie nie widziałam efektu zeszronienia,
-nie zostawia żadnej warstewki, momentalnie się wchłania,
-nie musi być neutralizowany, ja jednak po pół godzinie delikatnie myłam twarz wodą z mydłem aleppo i nasmarowywałam się kremem Alterra,
-następnego dnia nic nie było widać, jedynie po przejechaniu po skórze palcami czuć było, że jest taka szorstka,

na drugi dzień

-kolejnego dnia skóra zaczyna schodzić płatkami- u mnie całe linienie trwało dwa dni i koniec,

na trzeci dzień

-skóra po wylinieniu jest niesamowicie gładka, pory niewidoczne, tam gdzie były zaskórniki, to stają się one jakby wystające i wychodzą nawet podczas przecierania twarzy wacikiem,
-z każdym tygodniem tworzy mi się coraz mniej zaskórników, a i stare powoli znikają,
-alkohol działa mocno wysuszająco, więc smaruję się Alterrą nawet kilka razy dziennie, kiedy mogę sobie na to pozwolić.

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z działania- wreszcie widzę namacalne efekty kwaszenia się ;). Z uwagi na działania dodatkowe kwasu salicylowego (wnikanie do gruczołów łojowych, działanie przeciwzapalne) aż żałuję, że dopiero teraz się na ten kwas zdecydowałam, bo dla mnie jest on o niebo lepszy od kwasów AHA.

PS. ten post nie jest postem promującym tego typu zabiegi, a raczej informującym o moich doświadczeniach  dla osób poszukujących informacji o tego typu peelingu.
Złuszczanie kwasami jest zabiegiem dosyć niebezpiecznym, wymaga przygotowania do niego skóry, powolnego zwiększania stężeń i dokładnego obserwowania reakcji skóry.
Przede wszystkim jest koniecznością przy problemach skórnych, dlatego życzę każdemu z czytających, by nie musiał z moich doświadczeń korzystać ;-).

Dla wnikliwych, czemu kwas salicylowy:
Kwas salicylowy jest zaliczany do grupy kwasów beta-hydroksylowych (BHA).
Ma właściwości komedolityczne (przeciwzaskórnikowe), bakteriostatyczne, przeciwgrzybicze, przeciwzapalne i keratolityczne.
Działa łagodniej (m.in. łagodniej złuszcza) w porównaniu do kwasów AHA. 

Podczas jego stosowania rzadziej pojawiają się efekty uboczne w postaci pieczenia, szczypania i nadmiernego złuszczania się skóry.
Dzięki temu, iż wykazuje zdolności bakteriostatyczne oraz przenikania przez warstwę sebum i wnikania w głąb mieszków włosowo-łojowych, jest szczególnie polecany osobom z trądzikiem i nadmiernym wydzielaniem sebum (zapobiega powstawaniu zmian trądzikowych) oraz osobom z suchą skórą do stosowania na zanieczyszczającą się strefę T.
Efekty stosowania kwasu salicylowego:
*oczyszcza gruczoły łojowe (tzw. oczyszczanie porów skóry) z zaskórników i zapobiega tworzeniu wszelkich wyprysków;
*przyspiesza proces gojenia ognisk zapalnych (np. zmiany trądzikowe) i podrażnień;
*reguluje odnowę komórkową skóry i działa złuszczająco na zgrubiałą warstwę rogową naskórka;
*dzięki efektowi złuszczania komórek naskórka zmniejsza posłoneczne i pozapalne przebarwienia (mechaniczne usuwaniu melanocytów z warstwy podstawnej naskórka);
* zwiększa skuteczność działania innych preparatów kosmetycznych- skóra przygotowana kwasami lepiej absorbuje składniki aktywne w nich zawarte;
*zmniejsza płytkie blizny potrądzikowe;

(źródło: http://mazidla.com/index.php?page=shop.browse&category_id=14&vmcchk=1&option=com_virtuemart&Itemid=27)

Dla jeszcze bardziej wnikliwych:
-Kwas salicylowy jest otrzymywany z kory wierzby. Ogólne działanie kwasu BHA jest bardzo podobne do opisanych powyżej kwasów AHA, czyli także reguluje on odnowę komórkową skóry, działa złuszczająco, poprzez rozluźnianie połączeń międzykomórkowych, usuwając zbędne warstwy zrogowaciałych komórek naskórka. Jednak posiada on również kilka nowych odróżniających go od kwasów AHA właściwości. Mianowicie:
- Kwas salicylowy działa łagodniej aniżeli kwasy AHA, podczas jego stosowania rzadziej pojawiają się efekty uboczne w postaci pieczenia, szczypania i nadmiernego złuszczania się skóry. Dlatego też ostatnio można zauważyć tendencję do większego zainteresowania wśród firm kosmetycznych kwasem salicylowym niż kwasami AHA. Zdaża się bowiem, że osoby, których skóra nie toleruje kwasów AHA zupełnie dobrze reagują na kwas salicylowy.
- Kwas salicylowy jest ponadto związkiem spokrewnionym z aspiryną (chemiczna nazwa aspiryny to kwas acetylosalicylowy) i tak jak ona posiada pewne właściwości przeciwzapalne, sprzyja więc procesowi gojenia się wyprysków i podrażnień.
- Jest to kwas rozpuszczalny w tłuszczach, dzięki temu oprócz tego, że złuszcza martwe komórki z powierzchni naskórka, ma także zdolność przenikania przez warstwę łojową-sebum i wnikania w głąb oraz oczyszczania porów skóry, a także wnikania w głąb mieszków włosowych, co ma duże znaczenie w leczeniu trądziku. Dzięki temu przyczynia sie do odblokowania porów, a co za tym idzie zapobiega tworzeniu wszelkich wyprysków oraz pomaga oczyszczać tzw. "zaskórniki", które stają się dzięki temu mniej widoczne. Z tego też względu preparaty z kwasem BHA polecane są dla cer skłonnych do zanieczyszczonych porów i trądziku, ale to nie znaczy, że są odpowiednie tylko dla cer tłustych. Dla osób, które mają problemy z wypryskami kwasy BHA będą na pewno bardziej efektywne niż AHA, jednak kwasy te są także odpowiednie dla cer suchych, nie mają one bowiem właściwości wysuszających, poza tym nawet osoby z suchą cerą mają często problem z zanieczyszczonymi porami skóry, zwłaszcza w tzw. linii T, czyli nos, broda i środkowa partia czoła. Wyjątkiem są preparaty z kwasem BHA, które dodatkowo zawierają typowe składniki dla cer trądzikowych o działaniu antybakteryjnym, regulującym nadmiar łoju, takie kremy mogą wysuszać suchą cerę.
- Ostatnie badania wykazały również działanie antybakteryjne kwasu salicylowego, co w przypadku cery z wypryskami jest szczególnie istotne.
- Jeśli chodzi o stężenie, to w przypadku kwasów BHA efektywne stężenie jest dużo niższe i wynosi 1-2 %. Stężenie kwasu salicylowego wynoszące minimalnie 1 % jest wystarczające, by mógł on skutecznie spełniać swe zadanie.
- W przypadku pH produktu wartość optymalna jest zbliżona do wartości pH potrzebnej dla kwasów AHA. Jedyna różnica jest taka, że kwasy BHA skuteczniej działają w bardziej kwaśnym pH. Powyżej wartości pH 4 nie są już tak efektywne, jak kwasy AHA. Ogólnie zakres podaje się między pH 3-4.
- Jeśli chodzi o czas działania to właściwości kwasów BHA różnią się zasadniczo od kwasów AHA. Ich zdolność do złuszczania nie zmienia się w ciągu upływu czasu, czyli działają one w stałym tempie przez cały okres ich stosowania. Nie osiągają takiego punktu, w którym przestają działać, tak jak to było w przypadku kwasów AHA. W związku z tą właściwością początkowo wielu dermatologów obawiało się, że długotrwałe stosowanie produktów z kwasami BHA może spowodować nadmierne podrażnienie skóry oraz, że mogą przyczynić się one do efektu odwrotnego czyli, że w wyniku stałego złuszczania skóra będzie jeszcze szybciej odbudowywała naskórek i ulegała rogowaceniu. Jednak obecnie wiemy, że tak się nie dzieje. Regularnie złuszczany naskórek nie zostaje pobudzony do intensywniejszego procesu rogowacenia. Poza tym o czym już wspominałam jeśli odstawimy produty z kwasami to skóra z upływem czasu powoli powróci do stanu wyjściowego, a to wskazuje, że kwasy nie powodują stałych efektów ubocznych. Obecnie poleca się, aby w przypadku cery suchej kremy z kwasem BHA używać podobnie jak produkty z kwasami AHA, czyli robić sobie przerwy od czasu do czasu, natomiast osoby mające problemy z trądzikiem i wypryskami mogą używać kremy z kwasem BHA w sposób ciągły. Dla tych osób regularne stosowanie preparatów z kwasem salicylowym (najlepiej wieczorem) może wejść w rutynę jak codzienne oczyszczanie twarzy.
- Warto pamiętać, że głównym zadaniem produktów z kwasem salicylowym jest uregulowanie procesu złuszczania skóry, natomiast wiele osób zwłaszcza z tłustą cerą oczekuje jeszcze redukcji przetłuszczania się cery, tego jednak kremy z kwasem BHA nam nie mogą zapewnić.
- W niektórych przypadkach, zwłaszcza u osób ze zmianami trądzikowymi lub częstymi wypryskami zdarza się, że na początku stosowania kremu z kwasami BHA czy AHA następuje pogorszenie stanu cery i więcej wyprysków zaczyna się pojawiać, podobne efekty można zaobserwować podczas kuracji maściami z tretinoiną. Nie trzeba się tym zrażać, gdyż nie oznacza to, że produkt źle działa i zamiast polepszać to pogarsza nam stan cery. Jest to efekt chwilowy, który jeśli będziemy nadal kontynuować kurację powinien minąć z czasem. Dlaczego się tak dzieje? Otóż lekarze dermatolodzy tłumaczą to tym, iż ponieważ produkty te mają działanie złuszczające mogą spowodować, że ogniska zapalne, niewidoczne pod skórą mogą się ujawnić jak gdyby szybciej i w jednoczesnym czasie, stąd wrażenie, że nagle pojawiło się na naszej twarzy tyle krostek, a do tej pory co prawda pojawiały się, ale pojedynczo od czasu do czasu. Ważne więc, by nie odstawiać kremu natychmiast, tylko używać go nadal, a po czasie stan cery powinien ulec poprawie.
- Kolejna ważna sprawa to cierpliwość. Kwasy nie działają natychmiastowo, co prawda już po pierwszych zastosowaniach od razu odczuwamy wygładzenie i poprawę kolorytu cery. Jednak zwłaszcza w przypadku kwasów BHA i ich wpływu na oczyszczenie porów skóry, nie można oczekiwać widocznych rezultatów już po kilku dniach. Dużo zależy od indywidualnych właściwości naszej skóry, jedni zauważą poprawę szybciej i będzie ona bardziej widoczna, inni dopiero po miesiącu stosowania i może nie będzie to aż taki efekt jakiego by oczekiwali. Jednak gwarantuję na podstawie własnego doświadczenia, że zmiana na lepsze na pewno będzie widoczna.
- Poza tym po czasie stosowania preparatu z kwasem BHA czy AHA, może nam się wydawać, że krem już nie działa. Jednakże nie jest to tak końca prawdą. Na początku po zastosowaniu kremu z kwasem , na pewno zauważymy wyraźną różnicę, preparat ten polepszy stan cery do pewnego stopnia, na ile to jest możliwe, a następnie dzięki regularnemu stosowaniu będzie on podtrzymywał osiągnięty efekt. Z czasem ponieważ przyzwyczaimy się do nowego stanu cery, może nam się wydawać, że krem już nie działa, ale przecież nie możemy oczekiwać "cudów", taki preparat jest zdolny polepszyć stan naszej cery w pewnym stopniu, nie jest jednak w stanie całkowicie ją odmienić.
- Preparaty z kwasami BHA można także używać wszędzie tam, gdzie mamy problemy z wypryskami np. dekolt, plecy.

(źródło:  http://www.laboratoriumurody.pl/forum/zluszczanie-za-pomoca-kwasu-salicylowego-salicylic-acid,t20,0&sid=87a2f6da5212791f46cc7eeae16934c7.html)

wtorek, 11 grudnia 2012

Liebster Blog i garść aktualności

Bardzo mi się miło zrobiło, gdy zobaczyłam, że zostałam po raz drugi nominowana do Liebster Blog. Nominowała mnie Iska, której serdecznie dziękuję :-).



Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego Blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje im swoje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

A oto pytania od Iski:

1. Kosmetyk, który zabrałabyś z sobą na bezludną wyspę.
-nie ma takiego ważnego (przeszłam już w swoim życiu przez etap nie używania praktycznie żadnych kosmetyków i wiem, że da się tak przeżyć), miejsce to zapełniłabym raczej książkami i kotami ;).

2. Kosmetyki naturalne, czy klasyczne?
-zdecydowanie naturalne, ewentualnie klasyczne wtedy, gdy nie mogę znaleźć ich naturalnego zamiennika w przystępnej cenie, a mają przyzwoity skład.

3. Wanna czy prysznic?
-wanna, wanna i jeszcze raz wanna, ale niestety jej nie posiadam :(((.

4. Włosy długie czy krótkie?
-marzą mi się długie, takie co najmniej do zapięcia stanika, ale póki nie zastopuję ich wypadania, mam krótkie (nawet bardzo, ok. 4cm ;). Uważam, że długie włosy, gdy jest ich pięć na krzyż, nie wyglądają zbyt atrakcyjnie.

5. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
-czerwony- lubię czerwone szminki, ubrania i dodatki do mieszkania.

6. Buty płaskie czy na obcasie?
-na obcasie- przyzwyczajenie pozostałe z czasów, gdy ważyłam dużo więcej.

7. Spódnica czy spodnie?
-spódnica, aczkolwiek częściej zakładam spodnie :-).

8. Balsam do ciała czy oliwka?
-latem balsam, zimą oliwka.

9. Włosy farbowane czy naturalne?
-naturalne, ewentualnie farbowane henną. Już nigdy więcej farb chemicznych.

10. Peeling drobnoziarnisty czy gruboziarnisty?
-enzymatyczny :).

11. Zapachy kosmetyków słodkie czy orzeźwiające?
-słoń mi na nos nadepnął i nie jestem zbyt wyrafinowana, jeśli chodzi o zapachy- ważne by był intensywny, żebym mogła go poczuć ;).

Jako że za pierwszym razem chyba tylko jedna dziewczyna odpowiedziała na moje pytania :(, to

1. Dlaczego zaczęłaś prowadzić bloga?

2. Gdzie najczęściej robisz zakupy kosmetyczne?

3. Czy bliscy wiedzą o blogu? Włączają się w jego życie?

4. Czy masz domowe zwierzątko?

5. Czy za 5 lat nadal widzisz siebie jako blogowiczkę?

6. Jaki był najbardziej nieudany zakup kosmetyczny?

7. Kiedy ostatni raz byłaś u kosmetyczki? Na jakim zabiegu?

8. Jakie masz inne pasje poza blogowaniem?

9. Ile miesięcznie wydajesz na kosmetyki?

10. Jaką książkę ostatnio przeczytałaś?

11. Jaki był najdroższy kosmetyk, który kupiłaś?

I teraz z trochę innej beczki:

-pamiętacie, jak Wam pisałam o zastosowaniu kremu do rzęs L'Biotica jako odżywki do paznokci? Póki nią smarowałam codziennie, efekty były widoczne- błyszczące paznokcie, nierozdwajające się, nawilżone skórki i brak zadziorków. Niestety, gdy mi się skończył, to po kilku dniach paznokcie wróciły do stanu sprzed :(, dlatego teraz zaczynam regularnie smarować masłem shea. Może tym razem efekty pozostaną na dłużej.

-nie udał mi szakup szczoteczki do twarzy z ebaya (nie doszła, więc dostałam zwrot pieniędzy), a że nie chciało mi się czekać na nią kolejnego miesiąca, to kupiłam tę z Rossmanna. Zobaczymy jak się sprawdzi :).

-lubicie pichcić? Bo ja bardzo. I do tego uważam, że książeczek, ulotek, poradników z przepisami nigdy za wiele. Bardzo się ucieszyłam, że po zakupach w Lidlu dostałam ich świąteczną kolekcję (kolędy i przepisy)- pierwsze, co mi zadziałało na wyobraźnię to "Karp w sosie piernikowym"- słyszałyście o takiej kombinacji?


-liczba moich obserwatorów niebezpiecznie zbliża się do magicznej liczby 100, z tej okazji zaczęłam się poważnie zastanawiać nad zorganizowaniem dla Was rozdania, będziecie chętne? :)

Pozdrawiam :) 

"Jesienne umilacze"- podsumowanie

Dziś już najwyższa pora na podsumowanie akcji "Jesienne umilacze" zorganizowanej przez Malinę.


Przypomnę- celem akcji - było:
- poczuć się jak w raju, dając sobie chwilę relaksu w długie jesienne wieczory,
- zadbanie o swoje ciało bez wyrzutów sumienia,
- poprawienie kondycji swojego ciała,
- znalezienie kosmetyku odpowiedniego dla siebie,
- uśmiech dla Twoich bliskich.



płyn lub żel do kąpieli
W tej kategorii nie za bardzo mi się udało umilić sobie czas, a to dlatego, że mam aż za dużo bezzapachowych myjadeł do ciała (czyli 3 ;), które muszę zużyć tak, aby zostało jedno. No chyba, żeby uznać zapach mydła aleppo jako jesienny umilacz ;). Nie będę chyba również szukać żadnego zastępstwa w tej kategorii, gdyż nie uważam, żeby na kosmetyki do mycia ciała, które dosyć krótko na tym ciele się znajdują i cudów nie zdziałają, warto było wydawać więcej niż kilka złotych. Pewnie dopiero, jak się dorobię wanny w mieszkaniu, zacznę szukać jakiego fajnego żelu do kąpieli ;).

peeling lub scrub
W tej kategorii bardzo sobie umiliłam wieczorne prysznice, a to dzięki Hawajskiemu peelingowi do ciała z trzciną cukrową, Alba Botanica. Zdecydowanie umilił mi czas, poczułam się jak w raju, a i roznoszący się zapach podobał się mężowi.

kosmetyk do smarowania ciała (balsam, masło, olejki itp.)
Tu też mi się udało znaleźć idealny umilacz, dzięki któremu zapach tropikalnych wysp towarzyszył mi i podczas snu i następnego dnia. Chodzi o Hawajski balsam do ciała Papaja i Mango, Alba Botanica.

Na mrozy, które w tym czasie również do Polski zawitały, bardzo dobrze się sprawdził Olejek do ciała Babydream fur Mama, którego zapach jest specyficzny, ale również przyjemny- taki otulający.
 
aromatyczne mydełko, kulę lub sól do kąpieli
Kule i sole do kąpieli to nie dla mnie, póki jeszcze nie mam wanny. 
Ale jedno mydełko czeka na testy (marsylskie z aloesem), idzie do mnie również mydełko od Śliwek Robaczywek w ramach akcji "Mydlany tydzień nepalski", także w tej kategorii będę jeszcze dalej szukać swojego umilacza :).

Podsumowując, akcja w moim przypadku jeszcze się nie zakończyła, na pewno będę poszukiwać jeszcze swojego mydlanego umilacza, a pozostałe kosmetyki z pewnością umilą mi również nadchodzącą zimę :).

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Hawajski balsam do ciała Papaja i Mango- recenzja

Witajcie,
dzisiaj w ramach końca akcji "Jesienne umilacze" (próbowałam się zmieścić przed północą ;) przyszła pora na recenzję drugiego z produktów, które otrzymałam do testowania od sklepu Organicum (post o tym tu). A mianowicie chodzi o balsam do ciała.


Balsam do ciała Papaja i Mango, linia Hawaiian Spa, Alba Botanica

Założenia marki:
Alba Botanica to firma produkująca naturalne, wegetariańskie kosmetyki nie testowane na zwierzętach. Nie zawierają parabenów, barwników, glikoli, olejów mineralnych, PEG-ów, pochodnych formaldehydu i innych szkodliwych substancji. 
Kosmetyki z linii Hawaiian Spa to prawdziwa esencja zmysłowych hawajskich wysp: naturalne roślinne aminokwasy i witaminy pozyskane z tropikalnych roślin, orzechów kukui i makadamii oraz wodorostów. Proste receptury i wyrafinowane składniki, które zachwycają egzotycznymi zapachami.


Opis producenta:
Bogaty w wyciągi roślinne i beta karoten, balsam świetnie nawilża i odżywia, szczególnie polecany do skóry suchej i przesuszonej. Wyciągi z aloesu, ogórka, mango i papai w połączeniu z olejkami z makadamii i kukui, oraz masłem shea i olejkiem z dzikiej róży, tworzą balsam, który skutecznie pielęgnuje, a także apetycznie pachnie.


Skład:
Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Caprylic/Capric Triglyceride, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Glycerin, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Butyrospermum Parkii, Stearyl Alcohol, Aleurites Moluccana Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Rosa Moschata Seed Oil, Anacyclus Pyrethrum Root Extract, Arnica Montana Flower Extract, Carica Papaya Fruit Extract, Citrus Grandis Seed Extract, Cucumis Sativus Fruit Extract, Mangifera Indica Fruit Extract, Dimethicone, Polysorbate 60, Tocopheryl Acetate, Sodium Carbomer, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Citronellol, Eugenol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, Fragrance, Beta-Carotene, Caramel

czyli działające natłuszczająco i ochronnie trójglicerydy, olej z krokosza barwierskiego, masło shea, olej kukui, olej macadamia i olej z dzikiej róży (regenerują komórki naskórka, wspomagają syntezę kolagenu, łagodzą podrażnienia). Obok tego składniki nawilżające: sok z aloesu, gliceryna roślinna oraz wyciągi roślinne: wyciąg z korzenia pierściennika (bertram- działa odstraszająco na owady ?!), wyciąg z kwiatów arniki (wzmacnia naczynia krwionośne, działa przeciwobrzękowo), wyciąg z papaji (rozjaśnia i wygładza skórę), wyciąg z nasion grejpfruta (rozjaśnia skórę, tonizuję, działa antyoksydacyjnie), wyciąg z ogórka (działa ściągająco, oczyszczająco, rozjaśniająco), wyciąg z mango (regeneruje, działa jak filtr przeciwsłoneczny). Poza tym silikon, substancje zapachowe oraz delikatne konserwanty.

PS. tym razem nie mogę się doszukać na opakowaniu informacji o trwałości produktu po otwarciu :/.


Cena/wydajność:
43zł za 180g (można kupić tu), czyli pojemność o 100g mniejsza niż w przypadku peelingu. Wydaje się drogo, ale inne naturalne kosmetyki kosztują podobnie lub więcej za podobną pojemność (marki jak AA Eco czy Ava, które maja średnio 150ml).
Wydajność podobna, co zwykłych balsamów do ciała, czyli zależy od tego jak dużo i jak często nakładamy. Ja przez ponad 2 tygodnie stosowania co drugi dzień na nogi, pupę, brzuch i ręce zużyłam około 20% opakowania, gdyż według mnie bardzo łatwo się rozsmarowuje.


Opakowanie:
Standardowy plastikowy słoiczek, ale dla mnie kolory opakowania przywodzą na myśl wakacje w tropikach. Teraz podobno są nowe opakowania, jeszcze bardziej kolorowe, bo z dodatkiem koloru koralowego ;).

Zapach:
Znowu pierwsze, co rzuciło mi się zaraz po otwarciu opakowania to zapach- inny niż peelingu, tym razem jakby koktajlu z tropikalnych owoców, odrobinę bardziej orzeźwiający niż słodki. Zapach jest na tyle intensywny, że czuję go na skórze rano po posmarowaniu się na noc. Przesiąka również piżamę czy pościel, więc jeśli się posmarujemy na dzień, to lepiej zrezygnować wtedy z perfum. Jeżeli ktoś jest baaardzo wrażliwy na zapach, np. kobiety w ciąży, to jednak odradzałabym tak intensywnie pachnący kosmetyk.

Konsystencja:
Konsystencja balsamu jest dosyć gęsta, wręcz maślana, dlatego ja nazwałabym go bardziej masłem do ciała niż balsamem. Choć z drugiej strony nie jest aż tak tłusty jak masła do ciała. Ehh, ta nomenklatura...
Do tego ma bardzo przyjemny maślany kolor (barwiony beta-karotenem, czyli barwnikiem z m. in. marchewki).


Działanie:
Balsamu używałam co drugi dzień po wieczornym prysznicu. Nawilżał, według mnie, wystarczająco by nie musieć go używać codziennie (choć tu zaznaczam, że mam skórę ciała suchą, ale bez problemów takich jak atopowe zapalenie czy łuszczenie). Szybko się wchłaniał bez pozostawiania tłustej otoczki (co zapewne jest zasługą małej domieszki silikonu na końcu składu ;).
Jednakże w czasie ostatnich dużych mrozów czułam pewien dyskomfort z powodu braku uczucia tej właśnie tłustej warstewki i wróciłam do smarowania się czymś tłustszym.
Balsam nie poradził sobie również z szorstkim łokciem lewej ręki (na którym się wiecznie opieram), choć przyznam, że nie oczekiwałam tego za bardzo bo balsamie do ciała, skoro już wiele rzeczy sobie z tym nie poradziło. Dla rzetelności jednak wspominam.
Po takim czasie trudno przesądzać o innych efektach działania tego balsamu, jednak takie bogactwo roślinnych wyciągów działa na moją wyobraźnię i zaraz po końcu tych siarczystych mrozów wracam do smarowania się tylko balsamem- a gdy skończę opakowanie to na pewno zdradzę Wam, czy widać jakieś  dodatkowe korzyści ;).

Czy kupię ponownie:
Hmm, produkt ten spełnił moje oczekiwania, jednak z uwagi na cenę również przyznaję, że nie będzie to niezbędnik na stałe goszczący w mojej łazience.
Na zimę pozostanę jednak przy mazidłach bardziej natłuszczjących (czyli oliwce Babydream fur Mama, o której wspominałam już wcześniej), jednak balsam ten jest dobrą alternatywą na lato, gdyż wtedy nie mogę ścierpieć uczucia tłustości na ciele, a i zapach Babydramu do najbardziej orzeźwiających nie należy.
Podobnie jak w przypadku peelingu, myślę że byłby to fajny zestaw, który z chęcią otrzymałabym na prezent i używała od czasu do czasu w ramach domowego spa.

Ocena:
4+/5 (myślę, że balsam jest na takim samym poziomie, co peeling)


Balsam zgłaszam do akcji "Jesienne umilacze":
Zdecydowanie ten balsam do ciała stał się moim jesiennym umilaczem w kategorii: kosmetyk do smarowania ciała. Podobnie jak peeling, ujął mnie swoim zapachem, dzięki któremu poczułam się jak w raju, czyli na hawajskiej wyspie :). Używając obu tych kosmetyków, łatwo mi przychodziło rozmarzenie się o egzotycznych wyprawach...

PS. Dziękuję serdecznie sklepowi Organicum za przesłanie mi produktu do testowania, jednocześnie zapewniam, że starałam się, aby fakt ten nie wpłynął na moją recenzję (nad podświadomością niestety nie do końca panujemy ;).

sobota, 8 grudnia 2012

Ile masz kosmetyków?

Liczyłyście kiedyś, ile macie kosmetyków? Uważacie, że macie ich za dużo, za mało czy w sam raz? Powtarzają Wam się, np. macie kilka balsamów do ust albo peelingów do ciała? Gdzie je wszystkie trzymacie?

Ja trzymam wszystkie swoje kosmetyki w łazience. W czterech miejscach w łazience:
-pod prysznicem służące do mycia ciała i włosów,
-na umywalce służące do mycia twarzy,
-na półce pojemnik z kolorówką,
-w szafce w dwóch wiklinowych koszykach kosmetyki pielęgnacyjne (w jednym koszyku kosmetyki do twarzy, w drugim do ciała i włosów).

Kiedyś miałam więcej kosmetyków, ale teraz posucha, powtarzają mi się jedynie wcierki do skóry głowy na porost włosów (mam trzy, które mieszam ze sobą) oraz kolekcja glinek.

Jak widzicie, jestem bardzo zorganizowana ;).


Ale za to jak ładnie i minimalistycznie się wszystko prezentuje w łazience :).


I teraz uwaga, uwaga:
-pod prysznicem 5,
-na umywalce 2,
-kolorówka 13,
-w koszykach 19 i 26,
= mam 65 kosmetyków.
Niby wydaje się dużo, ale na tyle potrzeb, nie powiem, chciałabym mieć więcej ;). Pochwalcie się swoimi wynikami ;)

piątek, 7 grudnia 2012

Pierwszy miesiąc za mną, czas na podsumowanie listopada

Witajcie w ten wyjątkowy dla mnie dzień :). Dzisiaj minął właśnie pierwszy miesiąc, odkąd zaczęłam pisać mojego pierwszego w życiu bloga- miesiąc bardzo trudny (jak to początki), ale i niezwykle satysfakcjonujący. Co się wydarzyło przez ten czas:

-spotkałyście się ze mną aż 2601 razy
-aż 82 z Was obserwuje mojego bloga
-napisałam 40 notek
-zostawiłyście po sobie ślad aż 454 razy
-zostałam też nominowana do pierwszego tagu.

Ogromnie Wam dziękuję, dzięki Wam czuję się potrzebna i wiem, że nie piszę sama dla siebie. To Wy współtworzycie tego bloga. Jesteście dla mnie ogromną motywacją na kolejne miesiące. Dlatego wirtualny szampan dla wszystkich!


Mam nadzieję, że nadal będzie Wam się u mnie podobać i będziecie równie chętnie tu wracać w przyszłości. Chętnie dowiem się, co w moim blogu Wam się podoba, a co wolałybyście ulepszyć. W końcu kluczem do sukcesu jest ciągłe dążenie do "lepszości" ;).

Myślę, że warto w tym momencie, byście mnie trochę lepiej poznały. A w związku z tym bardzo spodobała mi się pewna zabawa: "Listopad w dziesięciu punktach".

1. Najważniejszy wpis
Ten pierwszy, bo był najtrudniejszy. A jednocześnie był jakby przypieczętowaniem decyzji o "ujawnieniu się" w sieci (tu).

2. Przeczytane książki
Oj, tyle czasu poświęciłam na uczenie się bloggera i robienia zdjęć, że nie bardzo miałam czas na co innego. Ale za to chyba ze 100 razy przeczytałam instrukcję do mojego aparatu fotograficznego (a jest gruba jak niejedna książka ;).


3. Obejrzane filmy
W tym miesiącu nie oglądałam nic ciekawego, jeżeli chodzi o sztukę filmową, ale dużo czasu poświęciłam pewnemu serialowi. W październiku widziałam kilka odcinków na AXN i tak mi się spodobał, że musiałam w kilkanaście dni obejrzeć koniec 2 sezonu, cały 3, 4 i początek 5 sezonu. A chodzi o "Castle'a"- tak, tak, nie jestem jakoś zbytnio wymagająca, ale przemawia do mnie taki humor ;).


4. Powód do dumy
Każdy dzień, gdy wchodziłam na swojego bloga i widziałam nowe komentarze, nowych obserwatorów. Takie docenienie bardzo podbudowuje moją samoocenę.


5. Najlepszy zakup
Płaszczyk zimowy, wypatrzony na allegro za chyba 30zł. Jedyny i niepowtarzalny, bo mocno kolorowy. Widziałyście go na zdjęciach ze spaceru z Klarysą.


6. Podróże
Niestety nie ruszyłam czterech liter ze swojego miasta :/, ale mam nadzieję, że szybko się to zmieni. Jak wiecie, marzy mi się odpoczynek w jakimś spokojnym miejscu na łonie przyrody :).

7. Ulubione jedzenie
Jesień przyszła, a z nią ochota na słodycze poprawiające humor w zimne długie wieczory. Największym odkryciem dla mnie były lody Bananalicious z Lidla w promocji amerykańskiej. Sztuczny bananowy aromat, przesłodzone, ale najprzyszniejsze o tej porze roku.


8. Najczęściej słuchana piosenka
Nie będę oryginalna, ale Adele z nowego Bonda. Uwielbiam jej głos.


9. Ulubione produkty kosmetyczne
W tej chwili największą miłością darzę krem ślimaczkowy z Mizona (o którym było tu), ah ta świadomość nietypowego składnika ;).


10. Najlepszy moment listopada
Gdy przyszła paczuszka z pierwszymi produktami do testowania, cieszyłam się jak dziecko w czasie Gwiazki. Pewnie potem takie coś powszednieje, ale ten pierwszy raz będę pamiętać.



A ja moje skarby świętują ten dzień ;P?

Co mi, kurna, przeszkadzasz?!
Tak się dobrze schowałam, że mnie wcale nie widzisz, prawda?

czwartek, 6 grudnia 2012

Hawajski peeling do ciała z trzciną cukrową- recenzja

Witajcie,
znalazłyście dzisiaj coś pod poduszką? Bo ja nic :(- mąż już jakiś czas temu ogłosił, że w tym roku z powodu naszej sytuacji finansowej Mikołajki są odwołane...
Dlatego właśnie dzisiaj chciałabym ogłosić recenzję jednego z naturalnych kosmetyków, które dostałam do testowania od sklepu Organicum (post o tym tu), bo paczka od nich była dla mnie jak Mikołajki i Gwiazka w jednym :). A mianowicie chodzi o peeling do ciała. Minęło prawie dwa tygodnie od czasu, gdy wpadł w moje ręce i użyłam go 4 razy. Wydaje mi się, że jest to wystarczający czas, by móc ocenić działanie peelingu. Niemniej jednak przyznaję, że chciałam również, aby wziął on udział w akcji "Jesienne umilacze".


Peeling do ciała z trzciną cukrową, linia Hawaiian Spa, Alba Botanica

Założenia marki:
Alba Botanica to firma produkująca naturalne, wegetariańskie kosmetyki nie testowane na zwierzętach. Nie zawierają parabenów, barwników, glikoli, olejów mineralnych, PEG-ów, pochodnych formaldehydu i innych szkodliwych substancji. 
Kosmetyki z linii Hawaiian Spa to prawdziwa esencja zmysłowych hawajskich wysp: naturalne roślinne aminokwasy i witaminy pozyskane z tropikalnych roślin, orzechów kukui i makadamii oraz wodorostów. Proste receptury i wyrafinowane składniki, które zachwycają egzotycznymi zapachami.


Opis producenta:
Peeling skutecznie oczyszcza i pielęgnuje szorstką i wysuszoną skórę. Enzymy z trzciny cukrowej rozpuszczają martwe komórki naskórka, podczas gdy krzemowe granulki delikatnie złuszczają mechanicznie, wygładzając skórę. Optymalna pielęgnacja ciała odbywa się następnie dzięki odżywczym właściwościom miodu i olejków z tropikalnych orzechów: kukui i makadamii oraz migdałowego i słonecznikowego. Produkt ma bardzo bogatą konsystencję, dobrze oczyszcza, a zawarte w nim olejki pozostawiają skórę przyjemnie nawilżoną i lekko natłuszczoną, tak że nie ma potrzeby stosowania balsamu do ciała, choć to zapewne kwestia indywidualnych preferencji i rodzaju skóry. Bardzo miły słodkawo-miodowy zapach.


Skład:
Helianthus Annuus Oil, Saccharum Officinarum Extract, Silica, Aleurites Moluccana (Kukui) Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Honey, Tocopherol , Fragrance

czyli olej słonecznikowy, olej kukui (regeneruje skórę podrażnioną, roślina typowa dla Hawajów), olej macadamia natłuszczające skórę oraz odżywczy i nawilżający miód. W peelingu tym granulki są krzemowe, a nie cukrowe, czy solne. Do tego ekstrakt z trzciny cukrowej (zawierający złuszczające kwasy AHA) działający jak delikatny peeling chemiczny.

PS. okres trwałości po otwarciu wynosi 12 miesięcy.


Cena/wydajność:
43zł za 280g (można kupić tu), wydaje się drogo, ale inne naturalne kosmetyki kosztują podobnie lub więcej za tak dużą pojemność (marki jak AA Eco czy Ava). Wydajność typowa dla peelingów do ciała, czyli zawsze mogłaby być większa ;). Po 4 użyciach ubyło mi może z 1/5 opakowania.


Opakowanie:
Standardowy plastikowy słoiczek, ale dla mnie kolory opakowania przywodzą na myśl wakacje w tropikach. Teraz podobno są nowe opakowania, jeszcze bardziej kolorowe, bo z dodatkiem koloru koralowego ;). Jeżeli trzymamy pod prysznicem to od wilgoci delikatnie odchodzą brzegi naklejki, ale nie jest to bardzo widoczne.


Zapach:
Pierwsze, co rzuciło mi się po otwarciu opakowania to niezwykle słodki i intensywny zapach- mi się kojarzy z karmelem lub syropem cukrowym. Zapach ten roznosi się po całej łazience podczas użycia i dosyć długo utrzymuje się na skórze. Jeżeli ktoś jest baaardzo wrażliwy na zapach, np. kobiety w ciąży, to jednak odradzałabym tak intensywnie pachnący kosmetyk.

Konsystencja:
Konsystencja nie jest bardzo tłusta, raczej galaretkowata z zatopionymi małymi, ale ostrymi drobinkami. Dzięki temu nie przelewa się przez palce podczas wydobywania i nakładania. Dopiero po roztarciu na skórze robi się bardziej płynna.




Działanie:
Peelingu użyłam 4 razy, gdyż peelinguję się średnio 2 razy w tygodniu. Dwa razy po prysznicu użyłam balsamu do ciała, a dwa razy nie nakładałam już nic na skórę, żeby sprawdzić faktyczne odżywienie skóry przez peeling.
Jeżeli chodzi o działanie złuszczające, to drobinki są małe (mniejsze niż soli gruboziarnistej), ale ostre i nie roztapiają się pod wpływem wody (jak cukier). Do tego dochodzi działanie kwasów AHA (warto zostawić peeling na chwilę na skórze, a nie od razu zmywać). Pozwala to na całkiem porządne złuszczenie ciała łącznie z łokciami i kolanami (wiadomo, że stopy potrzebują dużo mocniejszego złuszczania, jak np. tarek). Jednak przyznaję, że większe drobinki zrobiłyby na mojej skórze lepsze wrażenie.
Jeżeli chodzi o działanie odżywczo-pielęgnujące to skóra po użyciu faktycznie jest lekko natłuszczona i mięciutka. W moim przypadku nie było konieczne natychmiastowe użycie balsamu- pomimo jesieni skóra spokojnie wytrzymała dobę i musiałam się nakremować dopiero następnego dnia po kolejnym prysznicu.
Innych działań producent nie obiecuje, a i ja nic innego nie wymagam od peelingu.

Czy kupię ponownie:
Hmm, produkt ten spełnił moje oczekiwania, jednak z uwagi na cenę przyznaję, że nie będzie to niezbędnik na stałe goszczący w mojej łazience.
Jako że robię peelingi dosyć często i dosyć dużo ich z tego względu zużywam, to na co dzień w zupełności wystarczy mi domowy (cukier lub sól rozmieszana z oliwą). Peeling z Alby fajnie za to by było dostać na prezent np. pod choinkę czy na Walentynki i od czasu do czasu zrobić sobie domowe spa, szczególnie że data ważności po otwarciu jest całkiem długa.

Ocena:
4+/5 (nie odejmuję jakoś bardzo oceny za cenę, gdyż takie kosmetyki po prostu tyle kosztują).



Peeling zgłaszam do akcji "Jesienne umilacze":
Zdecydowanie ten peeling stał się moim jesiennym umilaczem w kategorii: peelingi i scruby. Ujął mnie swoim zapachem (nie do odtworzenia w samorobionych peelingach, ani w innych kupnych peelingach), dzięki któremu poczułam się jak w raju, czyli na hawajskiej wyspie :). Używając go, łatwo mi przychodziło rozmarzenie się o egzotycznych wyprawach...

PS. Dziękuję serdecznie sklepowi Organicum za przesłanie mi produktu do testowania, jednocześnie zapewniam, że starałam się, aby fakt ten nie wpłynął na moją recenzję (nad podświadomością niestety nie do końca panujemy ;).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...