poniedziałek, 10 grudnia 2012

Hawajski balsam do ciała Papaja i Mango- recenzja

Witajcie,
dzisiaj w ramach końca akcji "Jesienne umilacze" (próbowałam się zmieścić przed północą ;) przyszła pora na recenzję drugiego z produktów, które otrzymałam do testowania od sklepu Organicum (post o tym tu). A mianowicie chodzi o balsam do ciała.


Balsam do ciała Papaja i Mango, linia Hawaiian Spa, Alba Botanica

Założenia marki:
Alba Botanica to firma produkująca naturalne, wegetariańskie kosmetyki nie testowane na zwierzętach. Nie zawierają parabenów, barwników, glikoli, olejów mineralnych, PEG-ów, pochodnych formaldehydu i innych szkodliwych substancji. 
Kosmetyki z linii Hawaiian Spa to prawdziwa esencja zmysłowych hawajskich wysp: naturalne roślinne aminokwasy i witaminy pozyskane z tropikalnych roślin, orzechów kukui i makadamii oraz wodorostów. Proste receptury i wyrafinowane składniki, które zachwycają egzotycznymi zapachami.


Opis producenta:
Bogaty w wyciągi roślinne i beta karoten, balsam świetnie nawilża i odżywia, szczególnie polecany do skóry suchej i przesuszonej. Wyciągi z aloesu, ogórka, mango i papai w połączeniu z olejkami z makadamii i kukui, oraz masłem shea i olejkiem z dzikiej róży, tworzą balsam, który skutecznie pielęgnuje, a także apetycznie pachnie.


Skład:
Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Caprylic/Capric Triglyceride, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Glycerin, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Butyrospermum Parkii, Stearyl Alcohol, Aleurites Moluccana Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Rosa Moschata Seed Oil, Anacyclus Pyrethrum Root Extract, Arnica Montana Flower Extract, Carica Papaya Fruit Extract, Citrus Grandis Seed Extract, Cucumis Sativus Fruit Extract, Mangifera Indica Fruit Extract, Dimethicone, Polysorbate 60, Tocopheryl Acetate, Sodium Carbomer, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Citronellol, Eugenol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, Fragrance, Beta-Carotene, Caramel

czyli działające natłuszczająco i ochronnie trójglicerydy, olej z krokosza barwierskiego, masło shea, olej kukui, olej macadamia i olej z dzikiej róży (regenerują komórki naskórka, wspomagają syntezę kolagenu, łagodzą podrażnienia). Obok tego składniki nawilżające: sok z aloesu, gliceryna roślinna oraz wyciągi roślinne: wyciąg z korzenia pierściennika (bertram- działa odstraszająco na owady ?!), wyciąg z kwiatów arniki (wzmacnia naczynia krwionośne, działa przeciwobrzękowo), wyciąg z papaji (rozjaśnia i wygładza skórę), wyciąg z nasion grejpfruta (rozjaśnia skórę, tonizuję, działa antyoksydacyjnie), wyciąg z ogórka (działa ściągająco, oczyszczająco, rozjaśniająco), wyciąg z mango (regeneruje, działa jak filtr przeciwsłoneczny). Poza tym silikon, substancje zapachowe oraz delikatne konserwanty.

PS. tym razem nie mogę się doszukać na opakowaniu informacji o trwałości produktu po otwarciu :/.


Cena/wydajność:
43zł za 180g (można kupić tu), czyli pojemność o 100g mniejsza niż w przypadku peelingu. Wydaje się drogo, ale inne naturalne kosmetyki kosztują podobnie lub więcej za podobną pojemność (marki jak AA Eco czy Ava, które maja średnio 150ml).
Wydajność podobna, co zwykłych balsamów do ciała, czyli zależy od tego jak dużo i jak często nakładamy. Ja przez ponad 2 tygodnie stosowania co drugi dzień na nogi, pupę, brzuch i ręce zużyłam około 20% opakowania, gdyż według mnie bardzo łatwo się rozsmarowuje.


Opakowanie:
Standardowy plastikowy słoiczek, ale dla mnie kolory opakowania przywodzą na myśl wakacje w tropikach. Teraz podobno są nowe opakowania, jeszcze bardziej kolorowe, bo z dodatkiem koloru koralowego ;).

Zapach:
Znowu pierwsze, co rzuciło mi się zaraz po otwarciu opakowania to zapach- inny niż peelingu, tym razem jakby koktajlu z tropikalnych owoców, odrobinę bardziej orzeźwiający niż słodki. Zapach jest na tyle intensywny, że czuję go na skórze rano po posmarowaniu się na noc. Przesiąka również piżamę czy pościel, więc jeśli się posmarujemy na dzień, to lepiej zrezygnować wtedy z perfum. Jeżeli ktoś jest baaardzo wrażliwy na zapach, np. kobiety w ciąży, to jednak odradzałabym tak intensywnie pachnący kosmetyk.

Konsystencja:
Konsystencja balsamu jest dosyć gęsta, wręcz maślana, dlatego ja nazwałabym go bardziej masłem do ciała niż balsamem. Choć z drugiej strony nie jest aż tak tłusty jak masła do ciała. Ehh, ta nomenklatura...
Do tego ma bardzo przyjemny maślany kolor (barwiony beta-karotenem, czyli barwnikiem z m. in. marchewki).


Działanie:
Balsamu używałam co drugi dzień po wieczornym prysznicu. Nawilżał, według mnie, wystarczająco by nie musieć go używać codziennie (choć tu zaznaczam, że mam skórę ciała suchą, ale bez problemów takich jak atopowe zapalenie czy łuszczenie). Szybko się wchłaniał bez pozostawiania tłustej otoczki (co zapewne jest zasługą małej domieszki silikonu na końcu składu ;).
Jednakże w czasie ostatnich dużych mrozów czułam pewien dyskomfort z powodu braku uczucia tej właśnie tłustej warstewki i wróciłam do smarowania się czymś tłustszym.
Balsam nie poradził sobie również z szorstkim łokciem lewej ręki (na którym się wiecznie opieram), choć przyznam, że nie oczekiwałam tego za bardzo bo balsamie do ciała, skoro już wiele rzeczy sobie z tym nie poradziło. Dla rzetelności jednak wspominam.
Po takim czasie trudno przesądzać o innych efektach działania tego balsamu, jednak takie bogactwo roślinnych wyciągów działa na moją wyobraźnię i zaraz po końcu tych siarczystych mrozów wracam do smarowania się tylko balsamem- a gdy skończę opakowanie to na pewno zdradzę Wam, czy widać jakieś  dodatkowe korzyści ;).

Czy kupię ponownie:
Hmm, produkt ten spełnił moje oczekiwania, jednak z uwagi na cenę również przyznaję, że nie będzie to niezbędnik na stałe goszczący w mojej łazience.
Na zimę pozostanę jednak przy mazidłach bardziej natłuszczjących (czyli oliwce Babydream fur Mama, o której wspominałam już wcześniej), jednak balsam ten jest dobrą alternatywą na lato, gdyż wtedy nie mogę ścierpieć uczucia tłustości na ciele, a i zapach Babydramu do najbardziej orzeźwiających nie należy.
Podobnie jak w przypadku peelingu, myślę że byłby to fajny zestaw, który z chęcią otrzymałabym na prezent i używała od czasu do czasu w ramach domowego spa.

Ocena:
4+/5 (myślę, że balsam jest na takim samym poziomie, co peeling)


Balsam zgłaszam do akcji "Jesienne umilacze":
Zdecydowanie ten balsam do ciała stał się moim jesiennym umilaczem w kategorii: kosmetyk do smarowania ciała. Podobnie jak peeling, ujął mnie swoim zapachem, dzięki któremu poczułam się jak w raju, czyli na hawajskiej wyspie :). Używając obu tych kosmetyków, łatwo mi przychodziło rozmarzenie się o egzotycznych wyprawach...

PS. Dziękuję serdecznie sklepowi Organicum za przesłanie mi produktu do testowania, jednocześnie zapewniam, że starałam się, aby fakt ten nie wpłynął na moją recenzję (nad podświadomością niestety nie do końca panujemy ;).

sobota, 8 grudnia 2012

Ile masz kosmetyków?

Liczyłyście kiedyś, ile macie kosmetyków? Uważacie, że macie ich za dużo, za mało czy w sam raz? Powtarzają Wam się, np. macie kilka balsamów do ust albo peelingów do ciała? Gdzie je wszystkie trzymacie?

Ja trzymam wszystkie swoje kosmetyki w łazience. W czterech miejscach w łazience:
-pod prysznicem służące do mycia ciała i włosów,
-na umywalce służące do mycia twarzy,
-na półce pojemnik z kolorówką,
-w szafce w dwóch wiklinowych koszykach kosmetyki pielęgnacyjne (w jednym koszyku kosmetyki do twarzy, w drugim do ciała i włosów).

Kiedyś miałam więcej kosmetyków, ale teraz posucha, powtarzają mi się jedynie wcierki do skóry głowy na porost włosów (mam trzy, które mieszam ze sobą) oraz kolekcja glinek.

Jak widzicie, jestem bardzo zorganizowana ;).


Ale za to jak ładnie i minimalistycznie się wszystko prezentuje w łazience :).


I teraz uwaga, uwaga:
-pod prysznicem 5,
-na umywalce 2,
-kolorówka 13,
-w koszykach 19 i 26,
= mam 65 kosmetyków.
Niby wydaje się dużo, ale na tyle potrzeb, nie powiem, chciałabym mieć więcej ;). Pochwalcie się swoimi wynikami ;)

piątek, 7 grudnia 2012

Pierwszy miesiąc za mną, czas na podsumowanie listopada

Witajcie w ten wyjątkowy dla mnie dzień :). Dzisiaj minął właśnie pierwszy miesiąc, odkąd zaczęłam pisać mojego pierwszego w życiu bloga- miesiąc bardzo trudny (jak to początki), ale i niezwykle satysfakcjonujący. Co się wydarzyło przez ten czas:

-spotkałyście się ze mną aż 2601 razy
-aż 82 z Was obserwuje mojego bloga
-napisałam 40 notek
-zostawiłyście po sobie ślad aż 454 razy
-zostałam też nominowana do pierwszego tagu.

Ogromnie Wam dziękuję, dzięki Wam czuję się potrzebna i wiem, że nie piszę sama dla siebie. To Wy współtworzycie tego bloga. Jesteście dla mnie ogromną motywacją na kolejne miesiące. Dlatego wirtualny szampan dla wszystkich!


Mam nadzieję, że nadal będzie Wam się u mnie podobać i będziecie równie chętnie tu wracać w przyszłości. Chętnie dowiem się, co w moim blogu Wam się podoba, a co wolałybyście ulepszyć. W końcu kluczem do sukcesu jest ciągłe dążenie do "lepszości" ;).

Myślę, że warto w tym momencie, byście mnie trochę lepiej poznały. A w związku z tym bardzo spodobała mi się pewna zabawa: "Listopad w dziesięciu punktach".

1. Najważniejszy wpis
Ten pierwszy, bo był najtrudniejszy. A jednocześnie był jakby przypieczętowaniem decyzji o "ujawnieniu się" w sieci (tu).

2. Przeczytane książki
Oj, tyle czasu poświęciłam na uczenie się bloggera i robienia zdjęć, że nie bardzo miałam czas na co innego. Ale za to chyba ze 100 razy przeczytałam instrukcję do mojego aparatu fotograficznego (a jest gruba jak niejedna książka ;).


3. Obejrzane filmy
W tym miesiącu nie oglądałam nic ciekawego, jeżeli chodzi o sztukę filmową, ale dużo czasu poświęciłam pewnemu serialowi. W październiku widziałam kilka odcinków na AXN i tak mi się spodobał, że musiałam w kilkanaście dni obejrzeć koniec 2 sezonu, cały 3, 4 i początek 5 sezonu. A chodzi o "Castle'a"- tak, tak, nie jestem jakoś zbytnio wymagająca, ale przemawia do mnie taki humor ;).


4. Powód do dumy
Każdy dzień, gdy wchodziłam na swojego bloga i widziałam nowe komentarze, nowych obserwatorów. Takie docenienie bardzo podbudowuje moją samoocenę.


5. Najlepszy zakup
Płaszczyk zimowy, wypatrzony na allegro za chyba 30zł. Jedyny i niepowtarzalny, bo mocno kolorowy. Widziałyście go na zdjęciach ze spaceru z Klarysą.


6. Podróże
Niestety nie ruszyłam czterech liter ze swojego miasta :/, ale mam nadzieję, że szybko się to zmieni. Jak wiecie, marzy mi się odpoczynek w jakimś spokojnym miejscu na łonie przyrody :).

7. Ulubione jedzenie
Jesień przyszła, a z nią ochota na słodycze poprawiające humor w zimne długie wieczory. Największym odkryciem dla mnie były lody Bananalicious z Lidla w promocji amerykańskiej. Sztuczny bananowy aromat, przesłodzone, ale najprzyszniejsze o tej porze roku.


8. Najczęściej słuchana piosenka
Nie będę oryginalna, ale Adele z nowego Bonda. Uwielbiam jej głos.


9. Ulubione produkty kosmetyczne
W tej chwili największą miłością darzę krem ślimaczkowy z Mizona (o którym było tu), ah ta świadomość nietypowego składnika ;).


10. Najlepszy moment listopada
Gdy przyszła paczuszka z pierwszymi produktami do testowania, cieszyłam się jak dziecko w czasie Gwiazki. Pewnie potem takie coś powszednieje, ale ten pierwszy raz będę pamiętać.



A ja moje skarby świętują ten dzień ;P?

Co mi, kurna, przeszkadzasz?!
Tak się dobrze schowałam, że mnie wcale nie widzisz, prawda?

czwartek, 6 grudnia 2012

Hawajski peeling do ciała z trzciną cukrową- recenzja

Witajcie,
znalazłyście dzisiaj coś pod poduszką? Bo ja nic :(- mąż już jakiś czas temu ogłosił, że w tym roku z powodu naszej sytuacji finansowej Mikołajki są odwołane...
Dlatego właśnie dzisiaj chciałabym ogłosić recenzję jednego z naturalnych kosmetyków, które dostałam do testowania od sklepu Organicum (post o tym tu), bo paczka od nich była dla mnie jak Mikołajki i Gwiazka w jednym :). A mianowicie chodzi o peeling do ciała. Minęło prawie dwa tygodnie od czasu, gdy wpadł w moje ręce i użyłam go 4 razy. Wydaje mi się, że jest to wystarczający czas, by móc ocenić działanie peelingu. Niemniej jednak przyznaję, że chciałam również, aby wziął on udział w akcji "Jesienne umilacze".


Peeling do ciała z trzciną cukrową, linia Hawaiian Spa, Alba Botanica

Założenia marki:
Alba Botanica to firma produkująca naturalne, wegetariańskie kosmetyki nie testowane na zwierzętach. Nie zawierają parabenów, barwników, glikoli, olejów mineralnych, PEG-ów, pochodnych formaldehydu i innych szkodliwych substancji. 
Kosmetyki z linii Hawaiian Spa to prawdziwa esencja zmysłowych hawajskich wysp: naturalne roślinne aminokwasy i witaminy pozyskane z tropikalnych roślin, orzechów kukui i makadamii oraz wodorostów. Proste receptury i wyrafinowane składniki, które zachwycają egzotycznymi zapachami.


Opis producenta:
Peeling skutecznie oczyszcza i pielęgnuje szorstką i wysuszoną skórę. Enzymy z trzciny cukrowej rozpuszczają martwe komórki naskórka, podczas gdy krzemowe granulki delikatnie złuszczają mechanicznie, wygładzając skórę. Optymalna pielęgnacja ciała odbywa się następnie dzięki odżywczym właściwościom miodu i olejków z tropikalnych orzechów: kukui i makadamii oraz migdałowego i słonecznikowego. Produkt ma bardzo bogatą konsystencję, dobrze oczyszcza, a zawarte w nim olejki pozostawiają skórę przyjemnie nawilżoną i lekko natłuszczoną, tak że nie ma potrzeby stosowania balsamu do ciała, choć to zapewne kwestia indywidualnych preferencji i rodzaju skóry. Bardzo miły słodkawo-miodowy zapach.


Skład:
Helianthus Annuus Oil, Saccharum Officinarum Extract, Silica, Aleurites Moluccana (Kukui) Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Honey, Tocopherol , Fragrance

czyli olej słonecznikowy, olej kukui (regeneruje skórę podrażnioną, roślina typowa dla Hawajów), olej macadamia natłuszczające skórę oraz odżywczy i nawilżający miód. W peelingu tym granulki są krzemowe, a nie cukrowe, czy solne. Do tego ekstrakt z trzciny cukrowej (zawierający złuszczające kwasy AHA) działający jak delikatny peeling chemiczny.

PS. okres trwałości po otwarciu wynosi 12 miesięcy.


Cena/wydajność:
43zł za 280g (można kupić tu), wydaje się drogo, ale inne naturalne kosmetyki kosztują podobnie lub więcej za tak dużą pojemność (marki jak AA Eco czy Ava). Wydajność typowa dla peelingów do ciała, czyli zawsze mogłaby być większa ;). Po 4 użyciach ubyło mi może z 1/5 opakowania.


Opakowanie:
Standardowy plastikowy słoiczek, ale dla mnie kolory opakowania przywodzą na myśl wakacje w tropikach. Teraz podobno są nowe opakowania, jeszcze bardziej kolorowe, bo z dodatkiem koloru koralowego ;). Jeżeli trzymamy pod prysznicem to od wilgoci delikatnie odchodzą brzegi naklejki, ale nie jest to bardzo widoczne.


Zapach:
Pierwsze, co rzuciło mi się po otwarciu opakowania to niezwykle słodki i intensywny zapach- mi się kojarzy z karmelem lub syropem cukrowym. Zapach ten roznosi się po całej łazience podczas użycia i dosyć długo utrzymuje się na skórze. Jeżeli ktoś jest baaardzo wrażliwy na zapach, np. kobiety w ciąży, to jednak odradzałabym tak intensywnie pachnący kosmetyk.

Konsystencja:
Konsystencja nie jest bardzo tłusta, raczej galaretkowata z zatopionymi małymi, ale ostrymi drobinkami. Dzięki temu nie przelewa się przez palce podczas wydobywania i nakładania. Dopiero po roztarciu na skórze robi się bardziej płynna.




Działanie:
Peelingu użyłam 4 razy, gdyż peelinguję się średnio 2 razy w tygodniu. Dwa razy po prysznicu użyłam balsamu do ciała, a dwa razy nie nakładałam już nic na skórę, żeby sprawdzić faktyczne odżywienie skóry przez peeling.
Jeżeli chodzi o działanie złuszczające, to drobinki są małe (mniejsze niż soli gruboziarnistej), ale ostre i nie roztapiają się pod wpływem wody (jak cukier). Do tego dochodzi działanie kwasów AHA (warto zostawić peeling na chwilę na skórze, a nie od razu zmywać). Pozwala to na całkiem porządne złuszczenie ciała łącznie z łokciami i kolanami (wiadomo, że stopy potrzebują dużo mocniejszego złuszczania, jak np. tarek). Jednak przyznaję, że większe drobinki zrobiłyby na mojej skórze lepsze wrażenie.
Jeżeli chodzi o działanie odżywczo-pielęgnujące to skóra po użyciu faktycznie jest lekko natłuszczona i mięciutka. W moim przypadku nie było konieczne natychmiastowe użycie balsamu- pomimo jesieni skóra spokojnie wytrzymała dobę i musiałam się nakremować dopiero następnego dnia po kolejnym prysznicu.
Innych działań producent nie obiecuje, a i ja nic innego nie wymagam od peelingu.

Czy kupię ponownie:
Hmm, produkt ten spełnił moje oczekiwania, jednak z uwagi na cenę przyznaję, że nie będzie to niezbędnik na stałe goszczący w mojej łazience.
Jako że robię peelingi dosyć często i dosyć dużo ich z tego względu zużywam, to na co dzień w zupełności wystarczy mi domowy (cukier lub sól rozmieszana z oliwą). Peeling z Alby fajnie za to by było dostać na prezent np. pod choinkę czy na Walentynki i od czasu do czasu zrobić sobie domowe spa, szczególnie że data ważności po otwarciu jest całkiem długa.

Ocena:
4+/5 (nie odejmuję jakoś bardzo oceny za cenę, gdyż takie kosmetyki po prostu tyle kosztują).



Peeling zgłaszam do akcji "Jesienne umilacze":
Zdecydowanie ten peeling stał się moim jesiennym umilaczem w kategorii: peelingi i scruby. Ujął mnie swoim zapachem (nie do odtworzenia w samorobionych peelingach, ani w innych kupnych peelingach), dzięki któremu poczułam się jak w raju, czyli na hawajskiej wyspie :). Używając go, łatwo mi przychodziło rozmarzenie się o egzotycznych wyprawach...

PS. Dziękuję serdecznie sklepowi Organicum za przesłanie mi produktu do testowania, jednocześnie zapewniam, że starałam się, aby fakt ten nie wpłynął na moją recenzję (nad podświadomością niestety nie do końca panujemy ;).

środa, 5 grudnia 2012

List do Mikołaja

Mój Drogi Mikołaju, w tym roku (jak co roku) bardzo wiele rzeczy bym chciała dostać od Ciebie, bo mam coraz to nowe potrzeby i zainteresowania, a z finansami coraz bardziej krucho ;). Chociaż wiem, że pewnie tu nie zaglądasz, bo gdy Ci mówiłam, że piszę bloga, to nawet się nie zainteresowałeś, pod jakim adresem (a gdy Ci  powiedziałam ponownie, że mógłbyś się zainteresować, to odpowiedziałeś, że nie masz czasu), to i tak spiszę swoje mniejsze i większe potrzeby (może istnieje jeszcze jakiś inny tajemniczy Mikołaj...):

1. Maszyna do szycia- marzę o niej od ponad roku, bo bardzo lubię przerabiać swoje ubrania, tworzyć mniejsze rzeczy i dodatki, ale ręcznie to ciężko :/. Najlepiej jakby maszyna była z jakimś kursem obsługi jej, bo dotychczas widywałam je tylko w telewizji ;).


2. Wyjazd z tego miasta, w którym przez 4/5 roku normy czystości powietrza są wielokrotnie przekroczone. Może być krótszy, może dłuższy, byle taki relaksujący. Fajnie by było powdychać trochę czystego powietrza, np. w górach.

http://reniferu.pl/52241/domek-w-gorach/
3. Karmidło dla kotów- bo teraz gadziny jedne budzą nas o północy, o 2 w nocy, o 4 w nocy, o 6 w nocy, o 10 rano..., a tak wrzucę 3 kilko karmy, zaprogramuję ilość i godziny i będą maltretować urządzenie, a nie nas (oczywiście obudowane pancernie).


4. Romantyczna kolacja z mężem- ostatnio mamy ciężkie czasy pod względem finansowym i przydałoby się nam takie wspólne wyjście. Więcej chyba nie muszę ujawniać.

http://ryjbuk.pl/romantyczna-kolacja-256617

5. Kalendarz "Rok dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej- bo potrzebuję codziennej zachęty do zmian.


6. Szersze łóżko- tak, tak, znowu te sierściuchy. Jak się rozłożą w poprzek to "trochę" ciężko się wyspać.
Teraz sypiamy mniej więcej tak:

 Czy jesteś gdzieś tam, Mikołaju?

wtorek, 4 grudnia 2012

Gdy zima idzie, (niektóre) koty harcują ;)

Witajcie!
I do mnie przyszła wreszcie zima :). W związku z tym nie pozostało mi nic innego, jak pozwolić Klarysie poszaleć w swoim żywiole- ŚNIEGU. Tak, tak, ten kot uwielbia śnieg, przygotowała na tę zimę wyjątkowo cieplutkie futerko ;). Same zobaczcie:

Gdzie ja jestem? W lesie?

WOW, to wy idźcie, a ja sobie tutaj zostanę, wróćcie po mnie na wiosnę...

Powspinamy się na drzewo?


Ups, chyba zrobiłam kupę, no ale jak nie skorzystać z tak ogromnej kuwety :)

Wiecie co, zgłodniałam, wracajmy do domu!
A co robi Maurycy? Zapadł w sen zimowy przyklejony do grzejnika:


Pozdrawiam Was cieplutko!

Moja kolekcja glinek, cz. 3 (glinka rhassoul)

To będzie już ostatni wpis o moich glinkach, a jednocześnie przedstawię moją ulubioną.

Marokańska glinka rhassoul (lub ghassoul)

Rhassoul jest naturalną glinką w 100% wydobywaną ręcznie z jedynego na świecie złoża znajdującego się w górach Atlas w Maroku. Rhassoul od wieków stosowana jest w celach kosmetycznych przez mieszkańców Afryki Północnej i niektórych regionów Bliskiego Wschodu. Nazwa pochodzi od arabskiego czasownika rh(gh)assala- myć się.

Glinka ta najczęściej ma postać proszku lub płatków (po suszeniu w dużych płatach jest łamana na małe płatki lub mielona na proszek). Rhassoul po wymieszaniu z wodą przybieraja postać błota. Bogate jest ono w magnez, krzem, potas, wapń, żelazo, glin, miedź, lit, cynk. Posiada właściwości myjące i odtłuszczające. Działanie glinki Rhassoul polega jedynie na absorpcji zanieczyszczeń, nie jest więc w żaden sposób agresywne dla włosów, skóry czy śluzówek. Zapobiega wysuszaniu się i łuszczeniu skóry, poprawia jej elastyczność i strukturę. Działa matująco i odświeżająco. Doskonale pielęgnuje wrażliwą i trądzikową skórę.

Co wyróżnia tę glinkę od innych? Mianowicie ma ona naturalną zdolność spieniania się, dzięki czemu nie musi być używana jedynie jako maseczki do skóry, ale również można nią myć włosy czy ciało.

Celowo nie piszę, do jakiej cery jest zalecana, gdyż wydaje mi się, że podpasuje każdemu, jeśli nie samodzielnie, to z odpowiednim dodatkiem, np. olejowym.

Stosowanie:
-dzięki właściwościom pianotwórczym i odtłuszczającym oraz łagodnemu działaniu glinka Rhassoul spełnia rolę naturalnego szamponu i stosowana jest do mycia oraz pielęgnacji włosów. Skutecznie myje włosy i skórę głowy, nie uszkadzając łuski włosowej i włókien keratynowych.
-jako maseczka na twarz i ciało.
-jako peeling do ciała znakomicie wygładza i ujędrnia skórę usuwając martwe komórki skóry, oczyszcza ją i czyni bardzo świeżą, odmłodzoną.




Ja mam tę samą glinkę rhassoul w trzech wersjach w zależności od dodatków:
-z rozmarynem,
-z suszonymi płatkami róży,
-z indygo.

Glinki z rozmarynem używam do twarzy z uwagi na antyseptyczne właściwości tej przyprawy. Używam jej tradycyjnie jako maseczki, ale zdarzało mi się również używać jej jako środka myjącego (masowałam mokrą twarz pastą z glinki, która tworzyła emulsję). Twarz po tym była matowa i ładnie domyta. Obecnie z uwagi na fakt poszukiwania nowego myjadła, przymierzam się do przestawienia się na mycie twarzy tylko glinką. Przygotowanie jej do tego nie jest jakoś uciążliwe, gdyż w słoiczku można rozpuścić większą jej ilość i trzymać go w temperaturze pokojowej przez 2 dni, czyli na 4 mycia twarzy.

Glinki kwiatowej (ale tu mogłaby być każda inna) używam jako naturalny peeling do ciała. Nakładam trochę pasty glinkowej na palce i masuję nią całe ciało.  Tworzy śliską emulsję i dzięki temu jest bardzo wydajna. Skóra po takim zabiegu jest domyta, wypeelingowana, aczkolwiek wymaga dodatkowego nawilżenia.

Glinkę z indygo stosuję do włosów z uwagi na przyciemniający charakter indygo. Podobnie jak glinkę beloun, nakładam rzadszą pastę na skórę głowy jako maseczkę. Ale sprawdziła się też na wyjazdach, gdy miałam przygotowany jedynie słoiczek namoczonej glinki do mycia włosów zamiast szamponu. Zachowywała się jak mało pieniący się szampon o dziwnej konsystencji, ale pięknie domyła przetłuszczone włosy.

Obecnie uważam, że nie potrzeba mi tyle rodzajów glinki ghassoul, gdyż lepiej będzie mieć ją w czystej postaci o uniwersalnym działaniu. Taką będę mogła używać zarówno do peelingu ciała, mycia włosów, jak i maseczki na twarz. Wydaje mi się to genialnym rozwiązaniem na wyjazdy: zabieram tylko glinkę zamiast myjadeł/szamponów i maseczek.  

Ocena: 5/5 (to moja ulubiona glinka, która mogłaby mi zastąpić wszystkie inne).
  
Z uwagi na duszę eksperymentatora chciałabym jeszcze wypróbować glinkę multani mitti (wybielającą), błękitną krymską i czarną.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Moja kolekcja glinek, cz. 2 (glinka zielona)

Dziś napiszę o kolejnej glince z moich zasobów, która jest najpowszechniejsza:

Glinka zielona Montmorillonite

Najpierw trochę podziałów: glinki występują w różnych kolorach, jak zielona, żółta, biała w zależności od składu i przeważających w nim związków mineralnych. W zależności od koloru są one przeznaczone dla leczenia różnych dolegliwości. Barwa glinki zielonej związana jest z obecnością jonów żelaza dwuwartościowego i miedzi. Pochodzi ze skał krzemionkowo-aluminiowych, ma w składzie ok. 20 mikroelementów i pierwiastków śladowych.

Glinka zielona ma największą siłę absorbowania sebum i innych zanieczyszczeń, dzięki czemu odblokowuje pory skóry oraz zapobiega rozwojowi trądziku. Również delikatnie ściąga i zwęża rozszerzone pory i ma działanie dezynfekujące. Działa przeciwzapalnie, przyspiesza gojenie, zmniejsza podrażnienia, wyrównuje pH- również dzięki temu wspomaga leczenie trądziku.

Dodatkowo działa odżywczo i regenerująco, dostarczając skórze całe bogactwo pierwiastków, wpływa na przebieg podstawowych procesów. Ożywia zmęczoną cerę, zmniejsza zmarszczki. Krzem, którego jest dużo w zielonej glince, bierze udział w budowie błon komórkowych. Koi drobne skaleczenia, lekkie oparzenia i ugryzienia komarów.

Teraz chciałabym napisać o drugiej części nazwy, która mnie ogromnie zaciekawiła, ale i sprawiła najwięcej kłopotów, gdyż jest dużo sprzecznych informacji na ten temat.

Glinka montmorillonite jest jedną z odmian glinek (obok illite oraz kaolinite) w zależności od miejsca pochodzenia i pewnych właściwości. Glinka zielona występuje w rodzajach: montmorillonite i illite.
Montmorillonite, pochodząc głównie z południa Francji, nazwę zawdzięcza jednemu z tamtych regionów, gdzie została odkryta. Illite, nazwana tak od stanu Illinois w USA, gdzie została po raz pierwszy wydobyta w 1937 roku, dziś charakterystyczna jest dla północy Francji i basenu Oceanu Atlantyckiego.

Glinka montmorillonite ma mniejszą zdolność absorpcji wody niż illite, dzięki czemu mniej wysusza skórę. Za to ma wielokrotnie większą zdolność remineralizacji skóry (70%, a nie 12%), co jest  ważne przy skórze z rankami, niedoskonałościami. Zawdzięcza to wysokiej zdolności do wymiany kationów. Montmorillonite zawiera również więcej niż illite drogocennych pierwiastków, takich jak magnez, krzem, tlenki minerałów, potas, dolomit, mangan, fosfor, miedź, selen.

Stosowanie:
-maseczka do twarzy, czyli tradycyjnie. Zamiast wody można do sporządzenia maseczki użyć herbaty ziołowej na przykład z krwawnika, skrzypu, dziurawca lub rumianku. Można przyrządzić ją z dodatkiem miodu, soku z cytryny lub octu jabłkowego. Dla bardziej wrażliwych można dodać kilka kropli odpowiedniego oleju.
-kąpiele mineralne stosuje się w ten sposób, że wsypuje się pół szklanki glinki do wanny z wodą do kąpieli. Po takiej kąpieli zaleca się nie wycierać się ręcznikiem, tylko owinąć się w ręcznik, jak skóra jest jeszcze wilgotna i wypocić się w łóżku.


Ja mam ostatnio glinkę zieloną w paście marki Cattier, ale wcześniej miałam już wiele innych marek i rodzajów. Używam tylko jako maseczki na twarz, szyję. Sprawdza się bardzo dobrze, ale jako jedyna mnie podrażniała, gdy np. nie dodałam oleju lub za rzadko spryskiwałam twarz wodą po nałożeniu. Faktycznie działa bardziej skutecznie w eliminowaniu sebum, końcówek zaskórników niż glinka czerwona beloun.

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, to bardzo lubię formę gotowej pasty, gdyż mogę nałożyć odrobinę na pojedynczy wyprysk w celu podsuszenia bez kombinowania, ile rozpuścić, żeby nie wyszło za dużo.

Ocena: 4/5

Jutro będzie o mojej ulubionej glince, zgadnijcie jakiej?

niedziela, 2 grudnia 2012

Moja kolekcja glinek, cz. 1 (glinka beloun)

Lubicie glinki? Bo ja bardzo- były moim pierwszym naturalnym kosmetykiem oraz wielką pomocą w walce z zanieczyszczoną, przetłuszczającą się cerą. Nadal bardzo lubię używać glinek i mam ich kilka rodzajów. Opiszę je po kolei, zaczynając dzisiaj od:

Syryjska glinka czerwona Beloun
Glinka beloun to odmiana czerwonej glinki, która pochodzi z terenów Bliskiego Wschodu. Jako pierwsi jej dobroczynny wpływ na skórę i włosy dostrzegli Nomadowie, czyli lud prowadzący koczowniczy tryb życia, którzy stosowali glinkę beloun w codziennej pielęgnacji. Pasterze za pomocą glinki oczyszczali całe swoje ciało z potu, zanieczyszczeń, bakterii i nierzadko pasożytów. Stosowali ją również do mycia włosów i pielęgnacji wrażliwej skóry głowy, która była mocno podrażniona ze względu na rażące słońce, suche powietrze, kurz i pot. 
Obecnie wydobywana głównie na terenach Syrii glinka beloun jest bogata w sole mineralne i mikroelementy. Zawiera: krzem, żelazo, mangan, potas, magnez, wapń, tytan, itd.

Zastosowana na włosy wzmacnia cebulki włosowe i przeciwdziała wypadaniu włosów (dzięki zawartości krzemu). Przeciwdziała też podrażnieniom skóry i swędzeniom oraz zwalcza łupież. Eliminuje nadmiar sebum. Nadaje włosom połysk, przywraca witalność i łatwość układania. 

Zastosowana na twarz i ciało przede wszystkim oczyszcza skórę z toksyn, zanieczyszczeń, zaskórników. Dzięki zawartym mikroelementom odżywia skórę i poprawia jej kondycję. Ma zastosowanie w leczeniu trądziku różowatego i pękających naczynek. 

W Syrii okłady z glinki beloun nakłada się na poparzoną skórę, gdyż ta glinka jest delikatniejsza od innych (po zastosowaniu innych glinek skóra może być zaczerwieniona). W przypadku glinki beloun zaczerwienienie nie występuje, a jest to spowodowane mniejszą ilością związków potasu i sodu, a bardzo dużą zawartością krzemu. Dlatego glinka beloun nadaje się do cery wrażliwej i skłonnej do podrażnień.

Stosowanie:
-tradycyjnie jako maseczkę na twarz- rozmieszać z wodą lub hydrolatem i nałożyć na twarz, pilnować by nie zaschło. Można dodać parę kropli oleju.

-jako dodatek do kąpieli- dodać kilka łyżeczek do wody.

-przede wszystkim w pielęgnacji skóry głowy i włosów:
  • można dodać odrobinę do szamponu przed myciem,
  • 2 łyżeczki glinki na 4 łyżeczki wody (lub naparu z ziół) wymieszać do uzyskania pasty i nałożyć na skórę głowy, pozostawić na kilkanaście minut, następnie zmyć. Włosy mogą być po tym szorstkie i suche, więc dobrze jest użyć następnie odżywki.

Ja zakupiłam trzy rodzaje glinki beloun:
1. zwykłą glinkę 
2,3. dwie glinki z dodatkiem oliwy z oliwek, oleju laurowego, suszonych roślin i olejku z róży damasceńskiej. Trzecia zawiera również dodatek błota z Morza Martwego. 

Tej pierwszej używam jako maseczki na twarz, a dwóch pozostałych jako pasty do włosów i skóry głowy.

Glinka beloun stosowana na twarz mnie nie zachwyciła, tzn.działa jak każda inna glinka. Może i mniej podrażnia, ale tego nie wiem, bo odkąd nie pozwalam glinkom zaschnąć, to mnie żadna nie podrażnia. Nie wiem też, jak działa na skórę z trądzikiem różowatym, bo na takowy nie cierpię. Ogólnie uważam, że można ją kupić przy okazji, żeby sprawdzić, ale żeby robić zakupy tylko dla niej, to nieszczególnie.

Glinka beloun z dodatkami używana do włosów mnie za to zachwyciła. Jestem przekonana, że to dzięki niej oraz przejściu na łagodne szampony radzę sobie z łupieżem i swędzeniem skóry głowy. Chociaż nie wpłynęła za bardzo na przetłuszczanie skóry głowy (i tak muszę myć włosy co półtora dnia), to włosy są dzięki niej grubsze, bardziej puszyste i wydaje się, że jest ich więcej.

Jeżeli chodzi o aspekty techniczne, to taka glinka w kostce wymaga nawet godzinnego namaczania, do tego ma ona jakby drobinki piasku (nie jest aksamitnie gładka).

Ogólna ocena: 3 w kwestii twarzy i 5 w kwestii włosów, więc ogólnie 4/5.

sobota, 1 grudnia 2012

Moje nietypowe zastosowanie kilku kosmetyków

Ach, nie ma to jak poranek po-andrzejkowy (o godzinie 15.00 ;). Ale żeby Was nie zostawiać na weekend, to dlatego dziś przygotowałam trochę "lżejszy" wpis.
A chciałabym napisać Wam o kosmetykach, które wykorzystuję niezgodnie z przeznaczeniem opisanym przez producenta na opakowaniu. A to dlatego, że jestem bardzo ciekawa Waszych sposobów. Dwa z opisanych przeze mnie przypadków są zaczerpnięte z internetu, pozostałe wymyśliłam na własne potrzeby (co nie znaczy, że wymyśliłam je jako jedyna, a że nie czytałam o nich wcześniej).


1. Oczywiście najbardziej chyba popularne to wykorzystywanie płynu do higieny intymnej Facelle jako żelu do mycia ciała i szamponu do włosów. Po pierwsze jest to genialny sposób na zmniejszenie objętości kosmetyczki w podróży czy szafki pod prysznicem. Po drugie płyny intymne jako jedne z najłagodniejszych środków myjących, na dodatek o kwasowym pH, świetnie nadają się do delikatnych włosów. Więcej o płynie było tu.

2. Kolejnym sposobem wyczytanym w sieci jest kremowanie włosów, tzn. używanie kremu do rąk o przyjaznym składzie w celu stylizacji/zdyscyplinowania końcówek zamiast specyfików opierających się tylko na silikonach. Może być też używany w minimalnej ilości jako odżywka bez spłukiwania wgniatana w wilgotne włosy. Jeszcze sama nie próbowałam tego sposobu, gdyż przedwczoraj kupiłam dopiero nadający się do tego krem do rąk Alterry. Niemniej jednak mam zamiar podzielić się z Wami moimi przeżyciami ;).

3. Następny jest sposób przeze mnie samą  wymyślony, czyli użycie kremu regenerującego do rzęs L'Biotica jako odżywki do skórek i paznokci. Cała notka na ten temat była tu.

4. To kolejny sposób wymyślony przeze mnie w celu zużycia w jakiś sposób nielubianego kosmetyku. A chodzi o matujący sztyft Shiseido Pureness kupiony ponad rok temu (jako chyba ostatni zakup tzw. impulsowy). Najpierw go nie używałam, bo mi było szkoda. Potem, bo już poczytałam o silikonach i bałam się, że mnie pozapychają. W końcu kiedyś na gwałt potrzebowałam bazy pod cienie i sztyft spisał się znakomicie (nic nie wchodziło w załamania, podbiło kolor cienia). Z powodzeniem zastępuje mi bazę pod cienie do dzisiaj, bo ciągle jest dużo pilniejszych zakupów ;).

5. Ostatni sposób wymyśliłam ze dwa dni temu, zastanawiając się nad tym, czym zadziałać na cienie pod oczami po kolejnej ciężkiej nocy (nie ma to jak halny dla meteopaty ;) i użyłam próbki żelu na opuchnięte łydki, który dostałam w aptece. Skład ma bardzo dobry (tylko 4 składniki, przy czym 2 pierwsze to aktywne ekstrakty), a i stężenie składników polepszających mikrocyrkulację krwi jest większe niż w specyfikach podocznych. W związku z tym już zaczęłam przeszukiwać czeluścia DOZ-u (mają duży asortyment i w większości opisany skład przy każdym specyfiku, a kupić mogę już pod domem ;) w poszukiwaniu żelu idealnego na takie kryzysowe sytuacje- to znaczy z wieloma składnikami na fajnej żelowej bazie.

A Wy, wykorzystujecie jakiś kosmetyk niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem? Sprawdza się? Skąd zaczerpnęłyście pomysł?

PS. jeszcze mi się przypomiało- oczywiście maść do brodawek sutkowych Babydream fur Mama używana jako balsam do ust, odżywka do paznokci czy to rzęs, nocna kuracja do stóp czy dłoni... Niestety został już wycofany z Rossmannów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...